A teraz już właściwy temat, który chciałem przedyskutować.
Bitwa pod Kłuszynem według opisu Bohuna Moskwa 1612.
Jest to w sumie marginalny wątek całej pracy zajmujący zaledwie półtorej strony (patrz str. 34-35). Może jednak przez to, że całą pozostałą część tej książki oceniam bardzo wysoko i dowiedziałem się z niej wielu ciekawych rzeczy, ten malutki fragment zgrzyta mi w zębach jak ziarnko piasku i psuje mi wrażenie całości. Na dodatek podszeptując a może jeszcze gdzieś są tu podobne kwiatki tylko nie jesteś ich w stanie wyłapać.
Odrzucam jednak takie diabelskie podszepty

!
Książka jest naprawdę dobra, ale sprawa Kłuszyna jest moim zdaniem spaprana.
Zacznę od początku.
Opis bitwy zaczyna się właściwie od dość dziwnego dla mnie stwierdzenia, że "dzieląca obie strony równina poprzecinana była płotami i wiejskimi zabudowaniami, co uniemożliwiło Żółkiewskiemu wykorzystanie w pełni elementu zaskoczenia". (sic!)
Nie do końca rozumiem od płoty i wiejskie zabudowania utrudniają zaskoczenie przeciwnika, moim zdaniem wręcz mogą w tym pomóc!
Linijkę niżej natykam się na jeszcze większy dla mnie kwiatek: "po wyparciu piechurów szwedzkich spod płotu i spaleniu zabudowań do działania przystąpiła husaria".
Na pierwszy rzut oka nie ma tu może nic dziwnego, ale kiedy popatrzymy na siły walczących takie stwierdzenie nabiera nowego wymiaru. Siły polaków stanowiła w większości jazda (Bohun nie podaje, co prawda dokładnych sił, ale co najmniej sugeruje, że było to 5556 husarzy, 290 petyhorców i 679 pancernych) piechota zaś liczyła około 100 ludzi plus 400 kozaków i 2 lekkie działka, nazywane przez niego polowymi. Tymczasem piechota cudzoziemska, (bo to moim zdaniem właściwsze określenie) była bardzo liczna, (co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi). Bohun nie pisze tego, co prawda, wprost ale nawet dla zupełnego laika, który nigdy wcześniej nie słyszał o tej bitwie taki wniosek może się łatwo nasunąć choćby z ilości strat tych wojsk, jakie Bohun podaje pod koniec opisu. Mowa jest tam, że De la Gardie (nazywany dowódcą najemników) stracił żołnierzy. Jeśli więc przyjmie się nawet bardzo wysoki moim zdaniem procent strat do początkowej liczebności, jakim jest 20% (tak wysokie straty w bitwie moim zdaniem wojska ponosiły i to nie zawsze dopiero w okresie wojen napoleońskich) to nie znając żadnych innych danych wychodzi nam żołnierzy.
No i tu właśnie jest pewien problem

! Tych "Szwedów" z pod płotów nie wyparła husaria skoro dopiero później przystąpiła do akcji. Mało prawdopodobne żeby zrobili to petyhorcy i kozacy (skoro nie pokusiła się o to pięć razy liczniejsza husaria). Kto więc to mógł zrobić? Ano wychodzi, że zrobiło to 100 polskich piechurów ( niech będzie nawet 500 z kozakami- a co mi tam)!
Ja nie chce nic sugerować, ale Somosierra przy tym to prawie "Mały Kazio" (bez urazy ponawia szwoleżerowie!). No, bo co tu mamy. Nawet przyjmując wcześniejsze szacunkowe wyliczenie liczby cudzoziemców wychodzi, że siły za jakąś tam zasłoną (płoty) mające przewagę 7:1 a może nawet 12:1, (liczę polaków z kozakami, bo inaczej przewaga byłaby wprost horrendalna, a i o artylerii cudzoziemców, zresztą za Bohunem, nawet nie wspomnę) zostały, co najmniej odepchnięte przez garstkę naszej piechoty!
Ostatnia kwestia nie jest wprost napisana, dlatego o niej na końcu i najmniej. Z opisu nie wynika czy walkę z oddziałami moskiewskimi prowadzono równorzędnie z wcześniej opisanymi walkami czy też dopiero po rozbiciu "Szwedów" zajęto się moskalami. Jeśli jednak ktoś z kolejności opisu wysnuje wniosek, że dopiero po odepchnięciu albo nawet rozbiciu Szwedów zajęto się nimi to właściwie, dlaczego. Te wojska to w większości jazda, czemu więc nasza jazda nie zajęła się nimi wcześniej?
Od razu zaznaczam, że wszystkie te uwagi napisałem pod dużym wpływem innej książki z serii BH, jaką jest "Kłuszyn 1610" Szcześniaka. Nie ukrywam również, że jego interpretacja przebiegu tej bitwy (z punktu widzenia wojskowości w ogóle i taktyki w szczególności) przekonuje mnie najbardziej z pośród wszystkich znanych mi wersji przebiegu tej bitwy. A jest ich kilka jak to zwykle, bowiem z historykami jest tak, że ilu historyków tyle wersji przebiegu tego samego zdarzenia.
To prawie, a może dokładnie tak samo jak z prawnikami

!