Wargaming Zone     

Operacja „Stösser” – spadochroniarze niemieccy w Ardenach w 1944 r.
Data: Wt 11 Maj, 2004
Autor: Marcin Gawęda
W grudniowej ofensywie w Ardenach przewidziano także użycie spadochroniarzy, których zamierzano zrzucić na amerykańskie tyły. Jak się okazało ta nieudana operacja powietrznodesantowa była łabędzim śpiewem „Zielonych Diabłów”

Geneza operacji

Organizacja Kampfgruppe Heydte

Działania bojowe

Przypisy



Geneza operacji

W grudniowej ofensywie w Ardenach przewidziano także użycie spadochroniarzy, których zamierzano zrzucić na amerykańskie tyły. Jak się okazało ta nieudana operacja powietrznodesantowa była łabędzim śpiewem „Zielonych Diabłów”.

Plan użycia około tysiąca spadochroniarzy pojawił się nagle 8 grudnia, a więc niemal w ostatniej chwili. Hitler rozwinął pomysł, którego idee zasugerował feldmarszałek Walter Model. Celem operacji spadochronowej miało być uniemożliwienie Amerykanom przerzucania posiłków z północy, zanim 6 Armia Pancerna nie zorganizuje obrony swojej północnej flanki. Dopływ amerykańskich posiłków można było ograniczyć zajmując drogę biegnącą z północy na południe w rejonie Monschau przez wrzosowiska Hautes Fagnes (w niektórych opracowaniach pisane są jako Hohes Venn). Aby zapewnić szybkie dotarcie wojsk pancernych do spadochroniarzy walczących z nadciągającymi z północy posiłkami amerykańskimi zamierzano wykorzystać do tego celu pancerną grupę bojową złożoną m. in. z 21 potężnych, 82-tonowych niszczycieli czołgów Jägtiger uzbrojonych w armatę 128 mm.

Operacja spadochronowa otrzymała nazwę kodową „Stösser” czyli Krogulec, ale zwana jest także „Hohes Venn”, od terenu gdzie mieli działać spadochroniarze; w niektórych opracowaniach przyjął się także kryptonim „Auk”. Jej zorganizowaniem i przeprowadzeniem został obarczony weteran walk na Krecie baron podpułkownik (oberstleutnant) Friedrich August Freiherr von der Heydte.

oberstleutnant von der Heydte.


Pochodzący z arystokratycznej, bawarskiej i katolickiej rodziny, Heydte miał bardzo mało czasu i mnóstwo pracy – musiał od podstaw utworzyć spadochronową grupę bojową w sile batalionu. Na rozkaz Hitlera każdy pułk spadochronowy miał oddać do dyspozycji von Heydtego stu swoich najlepszych żołnierzy. Około 250 ochotników zgłosiło się z jego poprzedniej jednostki, którą dowodził w Normandii – 6 pułku spadochronowego (6 Fallschirmjäger Regiment) [1]. Do nich podpułkownik miał dokoptować pozostałych spadochroniarzy, co w praktyce sprowadzało się do werbowania m.in. ochotników z jednostek szkolnych, czyli żołnierzy bez żadnego doświadczenia bojowego.

Pod względem operacyjnym grupę bojową von der Heydte podporządkowano 6 Armii Pancernej Josefa „Seppa” Dietricha. Zadaniem Heydtego było wylądowanie w docelowym obszarze działań sił pancernych 6 armii w celu ułatwienia czołgom przebycia obszaru Hautes Fagnes (Hohes Venn), bądź uniemożliwienia przedarcia się amerykanów na południe pomiędzy Eupen a Verviers – właśnie w tym rejonie spodziewano się amerykańskich kontrataków. Zdaniem Percy Schramma dowództwo 6 armii domagało się użycia wojsk powietrznodesantowych w rejonie Monte Rigi, gdzie mieliby działać bardziej efektywnie, ale żadnych innych wiadomości na ten temat nie udało się autorowi niniejszego artykułu odnaleźć. Co więcej, stwierdzenie to jest zastanawiające, wobec wzajemnej niechęci Dietricha i Heydtego (spotkali się bowiem prostak i arystokrata) oraz stosunku dowódcy 6 Armii Pancernej do całej operacji powietrznodesantowej. Być może takie pomysły pojawiły się nie tyle w głowie Seppa Dietricha, co w jego sztabie – tak wynika zresztą ze słów Schramma [2].

Tak więc nie dość, że von der Heydte miał bardzo mało czasu na utworzenie grupy bojowej i zaplanowanie akcji, to jeszcze źle układała się od samego początku współpraca ze sztabem 6 armii. Stosunek jej dowódcy Seppa Dietricha i jego szefa sztabu Fritza Krämera do operacji spadochronowej był zdecydowanie negatywny. Krämer, szef sztabu 6 Armii Pancernej, miał nawet powiedzieć: „To szaleństwo! Co za niedorzeczne przedsięwzięcie” [3]. Z zadaniem wyznaczonym Heydtemu przez Hitlera musieli się jednak obaj generałowie pogodzić, tyle, że wymusili na podpułkowniku, by zrzut odbył się w nocy. Nie ucieszyło to Heydtego, który wiedział, że skok w nocy dla jego niedoświadczonych spadochroniarzy będzie niezwykle trudny. Co prawda w ten sposób można było wykorzystać element zaskoczenia, ale pod warunkiem, że sam nocny zrzut przebiegnie bez problemów – a w to weteran lądowania na Krecie raczej nie wierzył. Heydte, który próbował oponować w sztabie Dietricha wyjaśniał, że nocny skok, w dodatku w nieznanym terenie i na obszarze pokrytym lasami, dla niedoświadczonych spadochroniarzy jakimi dysponował był niemal samobójstwem, ale Dietrich nie chciał go słuchać. Nie zgodził się także na przydzielenie do oddziału Heydtego gołębi pocztowych, którymi spadochroniarze mogliby przesyłać wiadomości, w przypadku gdyby coś złego stało się z ich radiostacjami. „Co ja prowadzę zoo?” – wybuchną podchmielony Dietrich na propozycje użycia gołębi pocztowych. Jak się z czasem okazało obawy Heydtego dotyczące radiostacji były ze wszech miar słuszne (vide Kreta, gdzie zniszczeniu uległy wszystkie zasobniki z radiostacjami) i pomysł z gołębiami nie był wcale taki niedorzeczny, jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało. Swój lekceważący stosunek do operacji Dietrich okazał wybitnie kończąc rozmowę radą, by Heydte się niczym nie martwił, bo w kilka godzin po rozpoczęciu ofensywy dotrą do niego jego Jägtigery [4].

Przytłoczony wielką improwizacją, jaką była operacja „Stösser” oraz stanem swojego niedoświadczonego oddziału Heydte próbował jeszcze wymusić zmianę rozkazu i odwołanie operacji spadochronowej. Skierował się bezpośrednio do feldmarszałka Modela twierdząc, że operacja nie może się powieść. Wówczas Model zapytał go, czy daje operacji „Stosser” 10% szans powodzenia. Kiedy Heydte odpowiedział, że tak, Model stwierdził, że jego zdaniem cała ofensywa w Ardenach ma tylko 10% szans na powodzenie i w związku z tym lądowanie grupy bojowej von Heydtego musi zostać przeprowadzone zgodnie z planem, bez względu na ryzyko [5]. Innymi słowy feldmarszałek Model przyznał, że nawet 10% szans na powodzenie akcji wystarczy, aby podjąć ryzyko jej przeprowadzenia.



Organizacja Kampfgruppe Heydte

Po nieudanych próbach odwołania operacji podpułkownikowi pozostało już tylko zorganizować grupę bojową i jak najlepiej przeprowadzić zaplanowaną akcję. Już na początku tworzenia kampfgruppe Heydte napotkał na poważną przeszkodę w postaci braku wyszkolonych w skokach spadochroniarzy. Na domiar złego, część z jego liczącej 1200 ludzi [6] kampfgruppe składała się ze spadochroniarzy, którzy pochodzili z tyłowych jednostek Luftwaffe i nie mieli żadnego doświadczenia bojowego, nie mówiąc już o nocnych skokach. „W ostatnich pięciu dniach zanim rozpoczęła się operacja – wspomina von der Heydte - wielu ludzi musiało się uczyć podstawowych elementów walki piechoty oraz zachowania pod ostrzałem. Moi dowódcy kompanii byli wciąż zdziwieni brakiem umiejętności bojowych tych oddziałów” [7]. Jak potem Heydte napisał we wspomnieniach, nigdy w całej karierze nie dowodził oddziałem o tak niskiej wartości bojowej.

Nie lepiej przedstawiało się wyszkolenie pilotów samolotów transportowych typu Ju-52, z których większość opuściła dopiero co szkoły lotnicze, niektórzy nawet nie zakończywszy jeszcze szkolenia! Poza dowódcą jednostki żaden z pozostałych pilotów nie brał udziału w bojowej akcji z udziałem spadochroniarzy; wielu nie brało udziału w jakiejkolwiek misji bojowej; wielu nie pilotowało transportowego Ju-52 w locie nocnym; dwie trzecie nie miało nawet certyfikatu na latanie Ju-52! Dla Heydtego stało się jasne, że operacja może zakończyć się wielką katastrofą [8].

Może się to wydać nieprawdopodobne, ale podpułkownik Heydte, którego misja wyglądała jak samobójstwo, miał jeszcze jeden poważny problem – brak czasu. Rozmiary improwizacji przekraczały wszelkie dopuszczalne granice, a to wszystko działo się dosłownie na kilka dni przed akcją bojową. Jak wiemy Heydte dowiedział się od generała Studenta, że ma za zadanie stworzyć grupę bojową, która zostanie użyta w ofensywie, dopiero 8 grudnia. Miał więc zaledwie kilka dni na stworzenie jednostki od zera, zaplanowanie akcji i zgranie jej z jednostką transportową Luftwaffe oraz sztabem 6 Armii Pancernej. Tylko energii i doświadczeniu podpułkownika można przypisać fakt, że „Kampfgruppe Heydte” w ogóle powstała. Co więcej Heydte potrzebował na jej zorganizowanie zaledwie 48 godzin! Ostatecznie kampfgruppe składała się z czterech kompanii spadochronowych, ciężkiej kompanii wsparcia (12 ciężkich karabinów maszynowych i 4 moździerze), plutonu łączności i plutonu saperów [9]. Oczywiście o jakimkolwiek zgraniu utworzonego ad hoc oddziału z braku czasu nie mogło być mowy.

Na tym nie skończyły się jednak kłopoty i totalna improwizacja, ponieważ, gdy spadochroniarze przybyli do Aalten nie było tam obiecanego ekwipunku. Dostarczono go dopiero 12 grudnia w Sennelager koło Paderborn. Zarówno major Erdmann dowódca transportowych Ju-52 jak i sam Heydte nie dowiedzieli się w sztabie Luftwaffe niczego bliższego poza ogólnymi zarysami operacji. Dopiero 14 grudnia poznali pewne szczegóły w sztabach GA „B” i 6 Armii Pancernej i dopiero teraz mogli przystąpić do opracowania szczegółowego planu, przy czym musieli robić to „w ciemno”, bo nie otrzymali nawet fotografii terenu, na którym mieli zostać zrzuceni spadochroniarze. Z powodu słabego wyszkolenia załóg samolotów transportowych, Ju-52 miały lecieć wewnątrz korytarza utworzonego przez światła reflektorów. Dawało to jakąś szansę, że utrzymają szyk i nie pogubią się w czasie nocnego lotu. Aby zrekompensować brak wyszkolenia pilotów w nocnych lotach w zwartych formacjach, ostatnie 50 kilometrów samoloty miały mieć zapalone skrzydłowe światła pozycyjne! Do dyspozycji Heydtego postawiono także 300 kukieł „spadochroniarzy”. Ich użycie w rejonie zrzutu miało zwiększyć amerykańską dezorganizację i powiększyć chaos na ich tyłach. Szczegółowy rozkaz przewidujący skok na godzinę 4.30 – 5.00 16 grudnia, a więc jeszcze przed świtem, Heydte otrzymał rankiem 15 grudnia [10].

Jak wiemy sztab 6 Armii Pancernej, a szczególnie sam Sepp Dietrich, nie byli entuzjastycznie nastawieni do obu niekonwencjonalnych operacji – desantu oddziału Heydtego i akcji „Greif” zorganizowanej przez Skorzenny’ego i być może był to także jakiś drobny przyczynek do ich niepowodzenia. Trzeba przyznać, że mimo pewnych wad (czasami natury obiektywnej jak np. trudny teren) plan ataku 6 Armii Pancernej był dość ciekawy i w sumie skomplikowany biorąc pod uwagę nie tylko działania konwencjonalne, ale także dywersyjne i powietrznodesantowe.

Niemiecki spadochroniarz.




Działania bojowe

Już w pierwszym dniu ofensywy pojawiły się poważne problemy związane z operacją „Stösser”, które miały potem wpływ na całą akcję. Jak pamiętamy zrzut spadochroniarzy zaplanowany był przed świtem 16 grudnia. W tym celu już 15 grudnia rozpoczęto przerzucanie spadochroniarzy z ich miejsc postoju na dwa lotniska niedaleko Paderborn. Wkrótce jednak okazało się, że ciężarówki transportujące spadochroniarzy nie mają zapewnionych zapasów paliwa i w efekcie o godzinie 20.00 na lotniskach zgromadziła się mniej niż połowa z 1200 spadochroniarzy – większość ciężarówek po prostu nie dojechała. W takiej sytuacji odwołano zaplanowany skok i przesunięto całą operację o 24 godziny [11].

Zmiana terminu zrzutu spowodowała także zmianę zadania dla von der Heydtego. Z nowych rozkazów, które wręczył mu szef sztabu 6 Armii Pancernej Fritz Krämer, Heydte dowiedział się, że ma wylądować w górzystym terenie Baraque Michel, ok. 11 km na północ od Malmedy, w celu zabezpieczenia skrzyżowania drogowego w Baraque Michel. W sztabie 6 armii przypuszczano, że tą drogą będą się poruszać elementy 12 Dywizji Pancernej SS [12].

Kiedy spadochroniarze ponownie przygotowywali się do skoku, wiedzieli, że nad strefą zrzutu będzie wiał silny wiatr dochodzący do 6 m/s. Raport o pogodzie pochodzący z dowództwa Luftwaffe na Zachodzie (Luftwaffenkommando West), nie pokrywał się jednak z raportem lokalnym dotyczącym pogody na miejscu zrzutu. Przeczuwając, że nad miejscem zrzutu wiatr może być jeszcze silniejszy niż dopuszczalne 6 m/s i tak już grożące konsekwencjami nawet dla doświadczonych skoczków, Heydte wyraził brak zgody na operację, ale nie zostało to uwzględnione przez jego przełożonych. W związku z tym o 3 w nocy spadochroniarze weszli na pokład samolotów transportowych. Zgodnie z tradycją dowódca oddziału znalazł się na pokładzie Ju-52 prowadzącego całą grupę i po chwili jeden Junkers za drugim zaczęły wzbijać się w niebo.

Nad strefą zrzutu okazało się, że wiatr dochodzi do 17 m/s (prawie trzykrotnie więcej niż dopuszczalne normy dla doświadczonych spadochroniarzy). Z powodu słabego wyszkolenia załóg samolotów transportowych rozrzut spadochroniarzy wyskakujących w nocne ciemności był bardzo duży. Około 200 spadochroniarzy zostało zrzuconych w rejonie Bonn – ponad 50 mil od strefy zrzutu! Jedynie 35 ze 106 samolotów [13] – mniej niż trzecia część – zrzuciła spadochroniarzy w dobrym miejscu. Kilka Ju-52 zostało trafionych, a ciężki ogień przeciwlotniczy rozproszył formację. Targani mocnym wiatrem niedoświadczeni spadochroniarze znoszeni na drzewa bądź na twardy grunt odnosili kontuzje – złamania nóg, barków itp. Z kolei wielu żołnierzy, którzy wylądowali bezpiecznie zgubiła swoją broń. Sam von der Heydte, z unieruchomioną ręką po niedawnym wypadku lotniczym we Włoszech i korzystający ze znakomitego radzieckiego spadochronu wylądował dokładnie w strefie zrzutu i ze zdziwieniem stwierdził, że jest zupełnie sam [14].

Samolot transportowy Ju-52.


Do godziny 5 rano, kiedy zaczęło się przejaśniać Heydte zgromadził wokół siebie niecały pluton – zaledwie 25 spadochroniarzy. Inni powoli ściągali na miejscu zbiórki, ale do godziny 8 rano było ich ok. 150. Heydte zdając sobie sprawę z tego, że z taką liczbą spadochroniarzy i jednym moździerzem niewiele wskóra postanowił pozostać w ukryciu i poczekać na nadejście niemieckich czołgów. W międzyczasie założył bazę wypadową i postanowił wysłać kilka grup rozpoznawczych, aby zorientować się w sytuacji. Patrole w liczbie 2-3 ludzi zostały wysłane na drogi prowadzące do Eupen, Malmedy i Verviers. Spadochroniarze zgodnie z rozkazem unikali przeciwnika zaczajeni w lesie niedaleko drogi i przechwytywali pojedynczych gońców z rozkazami i meldunkami. „Rezultat tego rozpoznania przekroczył nasze oczekiwania – napisał potem Heydte – Do późnego popołudnia 17 grudnia, miałem stosunkowo jasny obraz przeciwnika”. Cenne te informacje nie mogły jednak zostać przesłane do sztabu 6 armii, gdyż w czasie zrzutu uległy zniszczeniu wszystkie radiostacje. Oddział Heydtego działał w ten sposób przez trzy dni, biorąc w sumie do niewoli 36 Amerykanów i notując przy tym stratę zaledwie jednego rannego. Gdyby Heydte dysponował gołębiami pocztowymi, którym tak przeciwny był Sepp Dietrich, prawdopodobnie do sztabu 6 armii dotarłyby bezcenne informacje o rozmieszczeniu sił amerykańskich w rejonie działania tej armii [15].

Mimo pojmania garści amerykańskich jeńców i zniszczenia kilku lekkich pojazdów jasne stało się, że operacja Auk zakończyła się niepowodzeniem. Przede wszystkim nie wywołała ona żadnego zamieszania w sztabach alianckich, które szybko zorientowały się, że zrzut spadochronowy nie niesie większego zagrożenia. Tymczasem grupa Heydtego znalazła się wkrótce w trudnym położeniu, gdyż już po dwóch dniach po skoku wyczerpywały się skromne zapasy. Każdy ze spadochroniarzy miał ze sobą żywność wystarczającą jedynie na 24 godziny, a przy odpowiednim (czyli oszczędnym) dawkowaniu żywności mogło to starczyć na 48 godzin, przy czym rzadko który z żołnierzy oszczędzał w ten sposób zapasy. Nie lepiej było z amunicją, gdyż w znacznej mierze pogubiono ją w czasie skoku. Karabiny maszynowe miały tylko 4 jednostki ognia, co oznaczało, że amunicji do nich wystarczy ledwo na jedno starcie. „Od nocy 16 do wieczora 19 grudnia nie otrzymaliśmy prawie wcale żywności i amunicji z powietrza. Zauważyliśmy tylko jedną próbę zrzutu zaopatrzenia przez kilka samolotów w czasie nocy 18 grudnia” – wspomina Heydte. Spadochroniarzom udało się wprawdzie przechwycić kilka zasobników, ale jakież było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli, że w środku zamiast żywności lub amunicji są... papierosy i woda. Rozżalenie było tym większe, że górzysty obszar na którym działali wręcz obfitował w liczne górskie strumienie [16].

19 grudnia von der Heydte zdał sobie sprawę, że nie utrzyma swojej kampfgruppe w całości dłużej niż jeden, może dwa dni i zdecydował się ją rozproszyć. O wykonaniu jakiejkolwiek większej akcji bojowej nie mogło być mowy – mało było amunicji, spadochroniarze byli głodni i zmarznięci. Heydte pozostawił resztę jeńców (jedną grupę pozostawił już wcześniej pod opieką rannych Amerykanów) wraz z jedynym rannym spadochroniarzem niemieckim i podjął marsz ku linii frontu. W nocy z 19 na 20 grudnia oddział Heydtego dotarł do strumienia Helle (płynącego do Eupen) i tutaj natknął się na amerykańskie patrole. W wyniku strzelaniny jeden ze spadochroniarzy został poważnie ranny. Heydte zmuszony został do wycofania się za strumień, a obszar zaroił się od amerykańskich patroli wspartych czołgami. O północy 20 grudnia Heydte wydał rozkaz rozproszenia się oddziału. Podzieleni na mniejsze grupki spadochroniarze, mieli na własną rękę przemknąć się teraz przez linię frontu i dołączyć do oddziałów 6 armii.

Jak ocenia von der Heydte około stu spadochroniarzy przedostało się przez linię frontu, sam dowódca oddziału dostał się jednak do niewoli. Początkowo maszerował wraz z dwoma ludźmi, ale kiedy się odłączył i dotarł do przedmieść Monschau, kompletnie wyczerpany fizycznie i psychicznie, rankiem 22 grudnia dostał się do amerykańskiej niewoli. Jego stan był bardzo ciężki – mając złamany bark, z którym jak pamiętamy wykonał skok, odmroził także stopy podczas kilku dni wędrówki. Do niewoli wzięli go żołnierze 395 pułku z 99 dywizji piechoty [17].

Operacja zakończyła się więc zupełnym niepowodzeniem. W tym okresie wojny niemieckie jednostki spadochronowe były nimi właściwie tylko z nazwy i tylko garść „prawdziwych” spadochroniarzy miała doświadczenie bojowe w operacjach powietrznodesantowych. Brakowało także wyszkolonych załóg samolotów transportowych i to nie tylko pilotów, ale także członków załóg np. odpowiedzialnych za zrzut (absetsez). Nie ulega jednak wątpliwości, że operacja „Stösser” była fatalnie przygotowana i przeprowadzona. Doświadczony podpułkownik von der Heydte zdawał sobie z tego sprawę, ale nie on jednak o jej przeprowadzeniu decydował. Totalne fiasko operacji może być w tym wypadku swego rodzaju symbolem i jednocześnie ostrzeżeniem, że w operacjach powietrznodesantowych nie ma miejsca na improwizację i nieprzemyślane decyzje.



Przypisy:

[1] Charles B. MacDonald, A Time for Trumpets, New York 1985, s. 86-87. Przypuszczalnie spotykana w niektórych opracowaniach liczba 250 ludzi określająca stan „Kampfruppe Heydte” może być właśnie pomylona z liczbą spadochroniarzy którzy zgłosili się na ochotnika z 6 pułku spadochronowego. Zastanawiające jest jednak to, że o batalionie Heydtego liczącym 250 ludzi pisze świadek przygotowań do ofensywy dr Percy Ernst Schramm. Jednakże z kontekstu wynika, ze mowa jest o jednym z takich batalionów spadochronowych, co zgadzałoby się, gdyby Schramm miał na myśli oddział pochodzący z 6 pułku – zanim jeszcze Heydte sformował swoją kampfgruppe. Dr Percy E. Schramm, Przygotowania do niemieckiej kontrofensywy w Ardenach, [w:] Bitwa o Ardeny z niemieckiego punktu widzenia, oprac. Danny S. Parker, Warszawa 2002, s. 105.

[2] P. E. Schramm, op. cit., s. 105.

[3] Charles Messenger, Gladiator Hitlera. Życie i czasy SS-Oberstgruppenführera i generała pułkownika Waffen-SS Josefa Dietricha, Warszawa 2001, s. 204.

[4] MacDonald, op. cit., s. 87. Cała dyskusja w sztabie 6 Armii Pancernej musiała być dla von der Heydtego bardzo niemiłą, tym bardziej, że Dietrich był pod wpływem alkoholu więc raczej nie przebierał w słowach.

[5] John S. D. Eisenhower, The Bitter Woods, New York 1969, s. 153.

[6] Większość opracowań zachodnich mówi o 1200-osobowej „Kampfgruppe Heydte” (m. in. Astor, MacDonald, Dupuy), także autor niniejszego opracowania przyjmuje tą liczebność. Leszek Kryczka w swoim opracowaniu podaje, że batalion Heydte’go liczył 800 ludzi. Heydte miał do dyspozycji także 300 manekinów. Gerald Astor, A Blood-Dimmed Tide. The Battle of the Bulge by the Men Who fought It, New York 1992, s. 64; MacDonald, op. cit., s. 162; Trevor N. Dupuy, Hitler’s Last Gambles, New York 1994, s. 46; Leszek Kryczka, Ardeny, Warszawa 1996, s. 20

[7] Astor, op.cit., s. 65-66.

[8] MacDonald, op. cit., s. 191; Astor, op. cit., s. 66.

[9] James Lucas, Hitlers Enforcers. Leaders of The German War Machine 1939-1945, [biografia Friedricha Augusta Freiherr von der Heydte], Londyn 2000, s. 35.

[10] Lucas, op. cit., s. 35-36, Astor, op. cit., s. 69.

[11] Astor, op. cit., s. 76.

[12] J. S. D. Eisenhower, op. cit., s. 153-154.

[13] Liczba Ju-52 podawana jest różnie. O 115 samolotach pisze Lucas, MacDonald o 112, Astor twierdzi, że było ich 106. Być może kilka z nich musiało zawrócić już w czasie lotu stąd te rozbieżności. Z kolei Janusz Ledwoch, nie powołując się na źródło, podaje, że samolotów było 67, co więcej pisze, że te Ju-52/3m pochodzić miały z II./TG3 oraz TG2. Autor naturalnie nie rozwija skrótu, więc należy się czytelnikowi wyjaśnienie, że chodzi tu o 2 dywizjon (gruppe) z 3 pułku transportowego (transportgeschwader - TG) oraz ewentualnie o 2 pułk transportowy; Janusz Ledwoch, Zielone Diabły, Warszawa 1993, s. 49.

[14] Astor, op. cit., s. 129-130; MacDonald, op. cit., s. 191-192.

[15] Astor, op. cit., s. 130.

[16] Astor, op. cit., s. 255.

[17] Astor, op. cit., s. 256-257.

Komentarze

Dodaj komentarz