.:Wargaming Zone:. - serwis wargamingowy - .:Artykuł - Chasing salvos – taktyka unikania salw w bitwie morskiej:.
Wargaming Zone     
¦roda godzina 12:35,
19 grudzień 2018

Chasing salvos – taktyka unikania salw w bitwie morskiej
Data: Wt 18 Lut, 2014
Autor: Marcin Gawęda
Forma taktycznego zygzakowania kontrartyleryjskiego, tzw. „ścigania salw”

Chasing salvos, można tłumaczyć swobodnie jako taktyka zygzakowania w celu uniknięcia trafienia przez okręty przeciwnika (odróżniając ten rodzaj zygzakowania od tego przeciw okrętom podwodnym i samolotom). Mówiąc ogólnie zygzakowanie taktyczne (unikanie salw) sprowadzało się do zmiany kursu tak, aby salwa przeciwnika nie trafiła w okręt, który dopiero co został obramowany pociskami (tzw. nakrycie). Kluczem do skutecznego unikania salw było skierowanie okrętu tam, gdzie właśnie upadła salwa przeciwnika - stąd chasing salvos, czyli ściganie salw.

Chasing salvos używane było zwłaszcza na duże odległości, kiedy trafienie było niezwykle trudne, nawet z uwzględnieniem przeliczników artyleryjskich.
Poniżej opisane zostały dwa różne przykłady stosowania tej taktyki: amerykański w czasie bitwy dziennej oraz japoński w czasie bitwy nocnej.

 

Bitwa dzienna u Wysp Komandorskich (1943), manewrowanie ostrzeliwanego krążownika Salt Lake City.
Fragment relacji korespondenta wojennego: „Na otwartym pomoście komandor Rodgers obserwował upadki japońskich salw w pobliżu własnego okrętu i mówił do oficera, podporucznika R. B. Hale'a:
- Ster piętnaście w prawo, mr Hale
Sternik obracał kołem i okręt idąc na pełnej szybkości ostro przechylał się w lewo, pracując pod naciskiem siły odśrodkowej. Potem prostował się wychodząc ze zwrotu.
Upadła kolejna salwa japońska. Komandor Rodgers ocenił kąt, odległość i rzekł:
- Ster lewo dziesięć, mr Hale.
Przywoływał całą swoją wiedzę morską i artyleryjską, aby przechytrzyć japońskich artylerzystów. Obserwował salwy, oceniał jak błąd skorygują japońscy obserwatorzy i tak pewną ręką prowadził swój okręt i z takim wyczuciem upływu czasu, że redukował do zera japońskie poprawki".
Unikanie salw, czyli wprost taktykę chasing salvos, stosowaną przez kodr Rodgersa potwierdza relacja szefa sztabu:
„Dowódca zygzakował... My zaś rozmawialiśmy normalnie... Dowódca zwykł pytać: Well, Worthy, w którą stronę robimy teraz zwrot? A ja odpowiadałem: Pańskie były jak dotychczas doskonałe, niech pan pomyśli jeszcze raz...
Przerzucał okręt w prawo lub w lewo i miejsce, w którym znajdowalibyśmy się, gdyby nie zmiana kursu, bywało przeorywane dziesięcioma lub piętnastoma granatami ośmiocalowymi..."[1]
Nie ulega wątpliwości, że taktyka stosowana przez Rodgersa to było właśnie owo chasing salvos. Taktyka aż do godz. 9.10 przynosiła znakomite rezultaty, potem Salt Lake City zaliczył kilka trafień, ale i tak manewrowanie dowódcy prawdopodobnie ocaliło okręt, ostrzeliwany przez dwa ciężkie krążowniki japońskie.
Stosowny fragment z opracowania angielskojęzycznego: „Captain Rogers commanding the American heavy cruiser successfully chased salvos until 0910 when Maya finally landed an 8" shell on Salt Lake City's starboard..."[2]

Krążownik Salt Lake City w bitwie koło Wysp Komandorskich.

Drugi przykład zastosowania taktyki chasing salvos dotyczy starcia nocnego (1944).

Kmdr por. Hashimoto, dowódca uciekającego przed krążownikami US Navy niszczyciela Hatsuzuki (typ Akizuki), gwałtownie manewrował okrętem, starając się jak najbardziej utrudnić Amerykanom celowanie. Stosował m.in. taktykę (autor artykułu określa to mianem techniki) zwaną „ściganiem salw" (ang. „chasing salvos") kierując okręt w stronę miejsca upadku ostatnich pocisków. Podczas pojedynku lekkie krążowniki US Navy używały amunicji świetlnej jednak przy dystansach przekraczających 14 000 metrów masa ładunku świetlnego wypalała się zbyt wcześnie.

Hatsuzuki sprytnie manewrując w kompletnych ciemnościach przez długi czas trzymał w szachu o wiele silniejszego przeciwnika. W blisko dwugodzinnym pościgu amerykańskie krążowniki wystrzeliły znaczną część swojej amunicji.

Przy radarowym kierowaniu ogniem, przy celu wykonującym gwałtowne manewry, błędy pomiaru (szczególnie przy odczycie namiaru) okazywały się zbyt duże. Ciągle jednak salwy chybiały minimalnie - co mogło dać trafienie, jednak przy pogodzeniu się z dużym rozchodem amunicji, co też miało miejsce w tym przypadku.

Uwagi te odnoszą się głównie do średniego dystansu.W raporcie po bitwie kontradm. DuBose zaznaczył, iż system kierowania ogniem, jak i uzbrojenie zachowywało się satysfakcjonująco, z wyjątkiem niemożności uzyskania decydujących trafień właśnie na średnim dystansie.[3]

 

Inna sprawa to określenie w jakim stopniu na skuteczne unikanie salw (chasing salvos) wpływały umiejętności (wyszkolenie) załogi, a na ile inne elementy, np. systemy kierowania ogniem. Strzelanie z dużych odległości i jego efektywność zależała od bardzo wielu czynników „balistycznych", na który wpływ miał w różnym stopniu czynnik ludzki (ruch strzelającego, ruch celu, grawitacja ziemi, balistyczne czynniki zewnętrzne i wewnętrzne, używany proch, charakterystyki balistyczne pocisków i wiele innych).
Celność poprawiały proste, analogowe przeliczniki artyleryjskie, np. amerykański Mk1 i późniejsza wersja Mk1A, ale nawet one mogły być „oszukiwane" na większych dystansach.
Działanie analogowego przelicznika artyleryjskiego polegające na wyliczaniu poprawek dla kolejnej salwy z uwzględnieniem prawdopodobnego ruchu celu (rangekeeper's target position prediction) mogła być z powodzeniem wykorzystana przeciwko strzelającemu. W wielu przypadkach kapitanowie stosowali odpowiednie manewry „kontrartyleryjskie" (chasing salvos), żeby uniknąć ponownego nakrycia (trafienia). Ponieważ przelicznik artyleryjski (rangekeeper) „przewidywał" nowe pozycje celu, było mało prawdopodobne, że kolejna salwa uderzy w pozycję celu z poprzedniego salwy - okręt stosujący zygzakowanie taktyczne (chasing salvos) płyną więc w miejsce, gdzie uderzyła poprzednia salwa. Było to więc płynięcie okrętem w miejsce upadku poprzedniej salwy (steering for the fall of shot).[4]

Analogowe przeliczniki artyleryjskie z okresu WWII nie były jednak całkowicie autonomiczne i wiele danych wprowadzanych było przez obsługę - istniał więc pewien problem tzw. czynnika ludzkiego.
Przykładowo dla wspomnianego analogowego przelicznika artyleryjskiego Mk1 i Mk1A (Mark I Fire Control Computer był częścią amerykańskiej centrali artyleryjskiej (dalocelownika) Mark 37 (Mk 37) używanej na okrętach US Navy jeszcze długo po wojnie) podstawowe dane wejściowe stanowiły takie zmienne jak kurs, szybkość i odległość celu, wprowadzane ręcznie na podstawie obserwacji optycznych lub za pomocą danych uzyskanych z radaru. Informacje z dalocelownika i radaru były nieustannie przekazywane do przelicznika (komputera). Innymi danymi przekazywanymi automatycznie do komputera była szybkość i kurs okrętu, a także prędkość i kierunek wiatru oraz temperatura powietrza. Obsługujący komputer operatorzy ręcznie wprowadzali natomiast dane takie jak typ i temperatura prochu, wagę pocisków i ilość strzałów oddanych do tej pory - wszystkie z tych zmiennych miały wpływ na prędkość wylotową pocisku.[5]
Okręty o takich samych charakterystykach, np. uzbrojeniu (ta sama klasa), uzyskiwały różne wyniki strzelania, co wskazuje, że czynnik ludzki był niezwykle ważny - zarówno ze strony zygzakujacego celu, jak i strzelającego okrętu. W grę wchodziło ogólne pojęcie tzw. wyszkolenia załogi, w tym wiedza artyleryjska, np. oficera artylerii. Przykładem może służyć USS Nevada, która uzyskiwała znakomite wyniki strzelania (ćwiczebnego), znacznie lepsze niż inne pancerniki (z takim samym systemem kierowania ogniem lub bardzo podobnym). Wydaje się, że w tym przypadku na celność okrętu wpływały „[...] umiejętności załogi oraz system strzelania wypracowany przez dowódcę artylerii - każdy z nich miał bowiem swoje metody i to ćwiczenia lub prawdziwa walka dopiero je rewidowała".[6]

 

Nie jest więc przypadkiem, że skomplikowany proces jakim było strzelanie na dużą odległość w bitwie morskiej, określa się czasami jako wypadkową sztuki, nauki i matematyki. Unikanie salw, czyli sztuka manewrowania okrętem, w sprzyjających okolicznościach mogła mieć istotny wpływ na przeżywalność okrętu na polu walki. Jako integralna część taktyki zygzakowanie i stawianie zasłony dymnej w czasie bitwy morskiej pozwalało mniejszym okrętom wyjść obronną ręką nawet spod ciężkiego ostrzału przeciwnika.
Na koniec fragment dotyczący Pioruna, który manewrował i stawiał zasłonę dymną pod ostrzałem Bismarcka (co poza złą pogodą i szczęściem na pewno pozwoliło mu przetrwać ostrzał).
Odpowiedni fragment z dziennika działań Pioruna (cyt. za Slaw 100):
[...]

- godz. 22.45 - pancernik „Bismarck" otworzył ogień. Salwa padła 500 y[ardów] długa. Zwrot. Wykonano zasłonę dymną.
- godz. 22.50 - O.R.P. „Piorun" otworzył ogień do panc. Bismarck w odl.13500 y, oddano 3 salwy.
Druga salwa z Bismarka. Pociski upadły 300 y przed dziobem , 100 y za rufa , 10 y na wysokości śródokręcia . Wykonanie zasłony dymnej.
- godz 23.00 - NPL otworzył ogień. Pociski obramowały Pioruna. Jeden upadek (5 y za rufą)
„Przerwij ogień" na „Piorunie". Wykonanie zasłony dymnej. Zygzakowanie i obserwacja NPL.[7]

Wnioski:
- taktyka zygzakowania w celu uniknięcia nakrycia kolejną salwą (chasing salvos) była znanym i stosowanym elementem taktyki morskiej w czasie bitew morskich okresu WWII
- stosowana była zarówno w dzień jak i w nocy, często w połączeniu ze stawianiem zasłony dymnej
- jej głównym celem było zwiększenie przeżywalności okrętu w czasie, gdy był pod ostrzałem i nie chciał lub nie mógł prowadzić równorzędnego pojedynku artyleryjskiego na dalekim dystansie
- z racji szybkości oraz zwrotności oraz z powodów taktycznych najlepsze efekty taktyka ta dawała małym, zwrotnym okrętom, np. niszczycielom

- prawdopodobnie, gdy mamy do czynienia z określeniem zygzakowanie (kontrartyleryjskie) część z tych manewrów mogła być techniką chasing salvos - taktyką zamierzoną bądź nie (wynikającą ze świadomego „ścigania salw", bądź jedynie gwałtowną zmianą kursu bez intencji znalezienia się w miejscu upadku ostatnich pocisków npla).

 

[1] Z. Flisowski, Przez środek Pacyfiku, Poznań 1984, s. 24-25.

[2] http://www.microworks.net/pacific/battles/kommandorski_islands.htm

[3] M. Kopacz, Zatopienie niszczyciela Hatsuzuki, Okręty Wojenne Vol. XVI, Nr 2/2008 (88)

[4] http://en.wikipedia.org/wiki/Rangekeeper

[5] http://pl.wikipedia.org/wiki/Mark_I_Fire_Control_Computer

[6] S. Lipiecki, Wielka przebudowa. Pancerniki typu Pennsylvania, cz. 2, Morze statki i Okręty, 11/2012, s. 34.

[7] http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=87&t=3251

 

 


Komentarze

Pi± 28 Mar, 2014 Hubert napisał:
Witam,

Na takim najbardziej fundamentalnym poziomie - zgodnie z moją najlepszą wiedzą wszystkie okrętowe systemy kontroli ognia używane w czasie IIWŚ opierały wyliczenie danych do strzału na założeniu, że cel porusza się po linii prostej. Pierwszy system, który aproksymował ruch celu krzywą został zainstalowany na HMS Vanguard, ale on wszedł do służby po wojnie.
Przy takiej konstrukcji SKO wykonywanie jakiegokolwiek manewru, który powoduje, że ruch nie odbywa się po linii prostej jest opłacalne. Ze względu na opóźnienia tym bardziej opłacalne im większy jest dystans.

W połączeniu z tą taktyką ciekawa jest jeszcze jedna kwestia. Mianowicie zmiana własnego kursu wpływa (w różnym stopniu) niekorzystnie na własny system kierowania ogniem. Czyli coś za coś. I tu pojawia się pytanie, jaka była skala wpływu jednego i drugiego czynnika. Przykładowo, w trakcie bitwy koło wysp Komandorskich, Japończycy posiadający dwukrotną przewagę w ciężkich krążownikach, też ostro zygzakowali. Najwyraźniej z ich punktu widzenia strata we własnej celności ognia była mniej istotna niż ochrona jaką dawała ta taktyka. Bo ciężko powiedzieć, że nie mogli lub nie chcieli prowadzić równorzędnego pojedynku artyleryjskiego.

Byłbym ostrożny z używaniem taki określeń "okręt stosujący zygzakowanie taktyczne (chasing salvos) płyną więc w miejsce, gdzie uderzyła poprzednia salwa". W najlepszym przypadku jest to duży skrót myślowy - gdy przeczyta to ktoś kto nic nie wie o taktyce morskiej w II WŚ może dojść do dziwnych wniosków. Salwa pada za rufą okrętu - okręt zawraca i płynie w jej stronę? Taki wniosek można by wyciągnąć z tego zdania.

Pozdrawiam


Dodaj komentarz