.:Wargaming Zone:. - serwis wargamingowy - .:Artykuł - Listopad 2010 w Pradze:.
Wargaming Zone     
Niedziela godzina 02:07,
16 grudzień 2018

Listopad 2010 w Pradze
Data: Wt 13 Wrz, 2011
Autor: RaV
Raport pobitewny - Talavera

W listopadzie 2010 r. po raz trzeci wybraliśmy się do Czech, by rozegrać bitwę przygotowaną przez czeskich kolegów. O ile wcześniej żartowałem sobie nieco ze składu czeskich wargamingowców (większość klubu stanowili nie-Czesi), teraz okazało się, że w czeskim klubie czeskich graczy jest już całkiem sporo, prawdę powiedziawszy to chyba nawet więcej niż nas w Małopolsce. Ale prócz zupełnie nowych twarzy spotkaliśmy również starych znajomych. Z polskiej strony w bitwie wzięli udział: Robert, Krzysiek i Rafał.

Pole bitwy - widok od strony aliantów, po lewej wzgórze, które mieli zdobyć Francuzi.

Mieliśmy "odtworzyć" bitwę pod Talavera de la Reina z 1809 r. w której walczyły oddziały napoleońskiej Francji z połączonymi siłami anglo-hiszpańskimi (alianci). Cała impreza przygotowana była bardzo profesjonalnie, począwszy od miejsca, aż po figury i mapę. Była utrzymana w odpowiednim nastroju muzyczka z laptopa, doskonałe materiały informacyjne o oryginalnej bitwie pod Talavera de la Reina którą to mieliśmy odtworzyć, napoje, przekąski. Słowem - organizacja perfekcyjna. Ale odrobina dziegciu w beczce miodu: odnalezienie jakiegokolwiek adresu w Pradze graniczy z cudem. Praga posiada bowiem unikalny w świecie system oznaczania budynków za pomocą dwóch numerów: czerwonego i niebieskiego (całkowicie odmienne, niepowiązane ze sobą systemy numeracji), w dodatku kolejność numerów jest dla mnie całkowitą zagadką, brakuje w tym systemie jakiejkolwiek logiki, co przyznawali nawet nasi czescy koledzy. Jeśli dodamy do tego szczątkowe ilości lub w ogóle brak tablic z nazwami ulic (szczególnie na oddalonych od centrum ulicach) mamy pełnię szczęścia. Zastanawiam się, czy niechęć do podawania adresów i nazw ulic to nie pokłosie niesławnej interwencji z 1968 r. Szczęśliwie dla mnie ulica na której mieliśmy się spotkać i była długa i po małym zamieszaniu dotarłem na miejsce.

Od razu wrażenie zrobił na mnie teren i figurki, głównie ich ilość, bo do jakości samych figur i ich malowania wciąż nie mogę się przekonać, przyzwyczajenia do najlepszych wzorów z WFB wciąż mam głęboko zakorzenione. Nie będę się specjalnie rozwodził nad tym fragmentem.

Ustawienie szyku angielskiego na prawym skrzydle, dalej widoczne centrum, w pobliżu wiatraka w głębi lewe skrzydło alianckie, w tym niewidoczne z tej pozycji oddziały hiszpańskie.

Przepisy, których używaliśmy to General de Brigade. Miałem wówczas z nimi do czynienia po raz pierwszy, przed bitwą czytałem je tylko raz. W zupełności wystarczyło, mechanika dość typowa dla przepisów angloasaskich, bułka z masłem. Co do zachowania samych jednostek na polu walki, też nie spodziewałem się cudów i tak faktycznie było, o czym poniżej. Nie wiedziałem jednak jak wygląda rozgrywka, znajomość przepisów bez rozegrania choćby jednej bitwy niewielkie daje pojęcie o tym co się może wydarzyć na polu walki.

Ogólnie oceniam przepisy bardzo dobrze, przede wszystkim są szybkie, dość dobrze oddają realia pola walki okresu napoleońskiego i kiełznają co bardziej krewkich generałów. Nie da się w nich zrobić rzeczy, na które pozwalają np. przepisy Newbury i narzucane przez GdB ograniczenia eliminują kuriozalne sytuacje, które w przepisach Newbury są na porządku dziennym. Z drugiej jednak strony jest ten problem, że gdy generał brygady dostanie od głównodowodzącego rozkaz dajmy na to ataku, musi go realizować, w Newbury nie musi nic :-) Oczywiście i tu generał brygady może spróbować zmienić otrzymany rozkaz zgodnie z własnym zdaniem, jednak nie jest to proste i szanse powodzenia nie są specjalnie duże. Trochę to ogranicza ułańską fantazję...

Widok prawego skrzydła francuskiego, które uderzało dokładnie na wzgórze i wiatrak. W środku szyku widoczna wielka bateria francuska uderzająca na centrum aliantów, po bokach wzmocniona piechotą.

Przejdźmy jednak do naszej bitwy. Najpierw nastąpił podział na strony, co śmieszne, okazało się, że alianckich graczy jest o dwóch więcej i niespecjalnie którykolwiek z nich kwapił się do przejścia na stronę francuską :-) W końcu ktoś się zlitował, nie pamiętam już dokładnie kto i mogliśmy rozpocząć rozstawienie. Jako zaprzysięgły nieprzyjaciel Francuzów wcześniej twardo postanowiłem grać oddziałami hiszpańskimi, najsłabszymi jakościowo w całej bitwie (zawsze jest wymówka na wypadek niepowodzenia ;-), nie dopuszczałem nawet myśli, bym to ja miał grać po stronie francuskiej ;-)
Zadania obu stron były proste: Francuzi mieli opanować wzgórze, gdzie ulokowali się alianci, oddziały sprzymierzonych miały powstrzymać francuskie natarcie. Proste, prawda?

Teren przygotowany przez czeskich kolegów obejmował historyczny obszar, na którym toczyła się walka z wyłączeniem samej miejscowości Talavera, historycznie stały tam tylko bardzo liczne, ale niezbyt chętne do walki oddziały hiszpańskie naprzeciwko zmęczonych i zdziesiątkowanych oddziałów francuskich. Dlatego ten obszar został pominięty. Następnie rozpoczynało się zbocze wzgórza, które było celem ataku strony francuskiej. Naprzeciwko wzgórza znajdowała się rzeka, jednak nie miała ona żadnego wpływu na walkę i ruch. Gdzieniegdzie były niewielkie obszary trudnego terenu, na skrajnym lewym skrzydle aliantów nawet jakieś zabudowania.

Szyk lewego skrzydła francuskiego, w głębi francuskie centrum i prawe skrzydło.

Gracze alianccy wyszli z sali, by strona francuska mogła dokładnie wyrysować swoje pozycje. Co się działo u Francuzów nie wiem, wiem tylko, że gracze alianccy postanowili zachować się zgodnie z historią i umiejscowienie oddziałów było mniej więcej historyczne. Idąc od prawego skrzydła stanęła tam brygada piechoty brytyjskiej, były to 2 albo 3 bataliony liniowe plus oddziały lekkie, dowodzenie nimi objął, jak się później okazało, najmniej doświadczony gracz klubu z Pragi. Dalej stanęła kolejna brygada weteranów dowodzona przez Mike'a, obok niego stanęły doborowe oddziały piechoty kierowane przez Krzyśka, dalej stanęły oddziały prowadzone przez naszego głównodowodzącego Gary'ego, następnie oddziały czeskiego Roberta (pozwoliłem sobie go tak nazwać w odróżnieniu od naszego polskiego Roberta grającego po stronie francuskiej :-) Skrajne lewe skrzydło aliantów zajęły moja piechota i kawaleria hiszpańska, dowodziliśmy nimi wspólnie z Emilem. Od razu małe wyjaśnienie, że to ustawienie i dowodzenie to tylko początkowe zestawienie, w późniejszym okresie sporo się zmieniało, przykładowo Emil musiał niestety wcześniej wyjechać, z kolei prawe skrzydło aliantów zostało rozbite, więc pobity gracz zajął się dowodzeniem innymi brygadami i nie należy się za bardzo do tego schematu przywiązywać. Pełen luz i zabawa.
Całością dowodził Gary, trzymał też asa w rękawie, bowiem w odwodzie stało jeszcze 6 naszych pułków doskonałej jazdy angielskiej niewidocznej dla przeciwnika, i to Gary zdecydował gdzie ich użyć w późniejszym okresie bitwy.

Prawe skrzydło francuskie rozpoczyna marsz w kierunku pozycji angielskiego lewego skrzydła i oddziałów hiszpańskich. U stóp wzgórza tyralierzy brytyjscy.

Gdy Francuzi byli gotowi, weszliśmy na salę i rozstawiliśmy się zgodnie z ustaleniami, dodam tylko, że nasz fenomenalny angielski dowódca skrajnego prawego skrzydła zaczął rozstawiać swoje oddziały po stronie francuskiej. Wiwat znajomość map i orientacja w terenie!

Dość uszczypliwości. Francuzi rozstawili się naprzeciwko i trochę mi się zrobiło słabo. Francuski szyk miał mocne skrzydła, a na środku aż po horyzont ogromną baterię artylerii. Sądziłem, że będzie tam stała i pilnowała, by nam głupie pomysły nie przyszły do głowy, myliłem się jednak.

Strona francuska miała zadania ofensywne, wszystkie alianckie brygady miały rozkaz "Hold", czyli utrzymywaliśmy własne pozycje.

Zaczęło się od katastrofy - lewe skrzydło francuskie ruszyło mocno do przodu. Oczywiście tempo marszu piechoty nie jest imponujące, niemniej kawaleria zatoczywszy szeroki łuk rozciągnęła front i lekko od boku zaczęła zachodzić skrajne angielskie bataliony. Mniej więcej w takim samym czasie pojawiła się piechota i artyleria francuska, zagrożeni Brytyjczycy zbili się w dwa czworoboki, które zostały koncertowo zmasakrowane ogniem piechoty i artylerii. Co ciekawe oddziały kawalerii były bardzo słabe, jeźdźcy ledwo trzymali się na koniach, piechota francuska też nie była specjalnie bitna i wyszkolona. A dowódca brytyjski miał ogromną gamę możliwości działania: cofać się w linii, zwinąć się i skrócić front przybliżając się do sąsiedniej brygady, wreszcie podjąć walkę, by zginąć z honorem, do tego dowodził naprawdę doświadczonymi żołnierzami, którzy niejeden taki widok przeżyli. Cóż, wybrana została opcja bycia tarczą strzelniczą, dzięki dobremu morale oddziały angielskie stały 2 lub 3 tury zanim zginęły.

Francuskie lewe skrzydło przygotowuje uderzenie na prawą flankę aliancką, na dole w prawym roku przemykająca szybko jazda francuska wydłużająca front i obchodząca oddziały angielskie z boku.

Tuż obok sytuacja była podobna, tylko że kawaleria zbliżająca się do brytyjskiej piechoty była znacznie lepsza, to polscy lansjerzy weterani plus dwa pułki dragonów. Było się czego bać, ale dziwnym trafem kawaleria stała na tyłach piechoty, miast ruszyć równo z nią i zmusić przeciwnika do główkowania. A skoro ruszyła piechota, to choć angielski dowódca był mocno zaniepokojony ilością przeciwników (rozmawialiśmy sobie prywatnie o tej sytuacji), to finalnie nie dał się nastraszyć i ostrzałem zadał duże straty przeciwnikowi, po czym nawet ruszył do przeciwnatarcia (liczebnie przeciwnik był tu silniejszy od niego jakieś 2-3 razy!). Wiedział jednak, że od pewnego czasu głównodowodzący prowadzi mu na pomoc całą kawalerię i w odpowiednim momencie zjawiła się ona na polu walki, by zasiać grozę w sercach przeciwników. Dowodzący tą brygadą piechoty był akurat Amerykaninem, więc śmiałem się, że wszystko odbyło się zgodnie z konwencją historyczną i filmową: bad guys już są krok od triumfu, gdy przybywa amerykańska kawaleria. Mimo komizmu sytuacja była jak najbardziej prawdziwa :-)

Trochę bliżej naszego centrum zaawanturowali się francuscy dragoni o ile dobrze pamiętam. Bateria Krzysia (jedyna chyba jaką mieliśmy w tej okolicy) zadawała straty nadchodzącym Francuzom po czym została zaszarżowana przez kawalerię. Krzyś wybrał opcję uniku od szarży, nie wiedział jednak, że powoduje to utratę dział. Cóż, pech, jak się okazało w dalszej części bitwy, warto jednak zostać artylerzystami i walczyć do końca. Kawalerzyści byli dzielni do czasu, gdy lekka piechota Krzyśka od boku i linia piechoty od przodu odpaliły do nich z muszkietów. Mocno poturbowani chłopcy podali tyły i uciekli na złamanie karku.

Widok prawego skrzydła aliantów po uderzeniu francuskim, kawalera przyszła w samą porę i odrzuciła francuskie natarcie. Widoczne również oddziały francuskie szturmujące wzgórze na wysokości Krzysiowych jednostek.

Nasze centrum składało się z doborowych jednostek. Próbę ich masakrowania podjęła wielka bateria dowodzona przez Roberta, która podsuwała się równocześnie do przodu. Początkowo efekt był żaden, ale po pewnym czasie elitarny batalion brytyjski został zdziesiątkowany, inne jednostki plączące się gdzieś obok też dostały swoją porcję ołowiu. Przed taką lawiną ognia trudno było się gdziekolwiek schronić, ta sytuacja nie mogła skończyć się inaczej jak skruszeniem obrony w piekielnym ogniu dział. Stała tu też jedna bateria angielska, niewiele mogła poradzić przeciw tak wielu armatom przeciwnika, ale też sama niewiele ucierpiała od ognia w początkowej fazie.

Lewe skrzydło alianckie było bardzo spokojne. Na tym odcinku Francuzi mieli najdłuższy dystans do przebycia, francuska piechota opanowała zabudowania i trudny teren przed nimi bez walki. Poniosła jednak pewne straty od baterii hiszpańskich dział 12-funtowych. Ponieważ oddziały te nie miały dodatkowych rozkazów posuwania się naprzód, zauważyłem, że w pewnym momencie podjechał do nich głównodowodzący francuski i wydał odpowiednie rozkazy. Walec ruszył do przodu, a był tym niebezpieczniejszy, że były to całkiem dobre oddziały, ustawione w szyku mieszanym no i bardzo liczne. Stojąca obok mnie brygada KGL dostała hiszpańską baterię 12-funtową, która okazała się bohaterką tego odcinka. Bateria prowadziła ogień do Francuzów, na który ci niespecjalnie mogli odpowiadać, więc ponosili spore straty. Gdy bataliony francuskie dotarły do stóp wzgórza, dostały jeszcze ogień od piechoty i choć osłaniane przez woltyżerów, dość poważnie się skurczyły. Francuzi podjęli frontalny atak odpychając bodajże 2 bataliony do tyłu. Na szczęście była druga linia, a czeski Robert na moją prośbę zabrał część oddziałów bardziej na środek. Co prawda osłabiało to kiepskiej jakości hiszpańską piechotę, ale nie zanosiło się, że zostanie ona szybko zaatakowana; jednostki KGL były bardziej potrzebne gdzie indziej, tam więc trafiły. Francuskie sukcesy były raczej minimalne, ale pozwalały przygotować się do kolejnego szturmu. Najlepsze wrażenie zrobiła hiszpańska bateria 12-funtowa, choć kiepskie rzuty i słabsze wyszkolenie nie pozwoliły hiszpańskim artylerzystom zabić tak wielu Francuzów jak powinni, ale w kulminacyjnym momencie, gdy z 4 zostały już tylko 3 działa a obsługa była mocno przestraszona, francuski gracz zdecydował, że zuchwalców prędzej zetrze na proch szybki atak kolumny piechoty, niż dłuższe ostrzeliwanie przez woltyżerów. Zdesperowani artlerzyści odpalili salwę kartaczy i francuska piechota po sporych stratach cofnęła się. Jednak czas miał kluczowe znaczenie na tej pozycji i choć los baterii był przesądzony, kolejna tura została obroniona. Niestety, piechota po obu stronach baterii uległa przewadze przeciwnika i dobrze prowadzonemu natarciu, w końcu bateria również została zniszczona.

Francuski walec zbliża się do wzgórza - głównego celu natarcia. W prawej górnej części zdjęcia widoczne oddziały hiszpańskie, z tych pozycji część stojącej tam piechoty brytyjskiej przesunęła się nieco w lewo na wprost wiatraka, by zatkać dziurę, która powstała w wyniku francuskiego natarcia. Ich miejsce zajęły oddziały hiszpańskie.

Wróćmy jednak na prawe skrzydło sprzymierzonych. Po rozbiciu prawoskrzydłowej brygady Francuzi ponieśli spore straty do "amerykańskiej" brygady tuż obok. Chwilę później pojawiła się kawaleria prowadzona przez głównodowodzącego i rozpoczęła serię szybkich szarż taktycznych. Część nie wyszła o ile pamiętam, część była niemożliwa z powodu ciasnoty, ale sukcesy "amerykanów" pozwoliły na rozwinięcie skrzydeł. Pierwszą ofiarą padła słabej jakości kawaleria francuska. Rozbita uciekła, ale pociągnęła za mapę jeden dobry pułk angielski. Część piechoty francuskiej atakując niezbyt udatnie rozpierzchła się w teście morale z powodu strat, gdy zrobiło się więcej miejsca angielscy kawalerzyści rozzuchwalili się na dobre. Kubeł zimnej wody na głowy wylała im jednak artyleria francuska, było jej dużo i wcale nie miała zamiaru uciekać. Po ogromnej szamotaninie, tańcu kawaleryjskim z nawrotami, szarżami, wycofywaniem się i zawracaniem skrzydło francuskie zostało niemal zmiecione. Jednak niewiele to dało, bo stojące w pobliżu baterie francuskie zmieniły front i wspierane przez piechotę drugiego rzutu zamknęły sporą część pola walki. Skończyło się rumakowanie.

Widok wyłomu, którego dokonała francuska piechota, w pobliżu wiatraka widoczne są zbierające się tam po wycofaniu oddziały brytyjskie - dzięki ich zebraniu i odtworzona została druga linia obrony. Z lewej nadeszły oddziały brytyjskie, które zaczęły naciskać Francuzów od boku, po prawej widoczne bataliony alianckie broniące każdej piędzi ziemi. Starcie kawalerii hiszpańskiej i francuskiej rozegrało się daleko na prawo od tego kadru. W takim momencie zakończyła się bitwa - Francuzi nie zdobyli wzgórza, strona aliancka, choć z ogromnym wysiłkiem, ale jednak wygrała.

Oddziały stojące nieco bliżej centrum pokonały nappierające siły francuskie, które próbowały je atakować i zostawiwszy minimalne ubezpieczenia ruszyły w kierunku najwyższego punktu wzgórza, bo tu rozgrywały się dantejskie sceny.

Tymczasem skrajna prawa flanka francuska ruszyła do natarcia na hiszpańską piechotę. Wspierająca obronę 6-funtowa bateria hiszpańska strzelała ile mogła, postrzelani Francuzi dostarli do stóp wzgórza. Kawaleria francuska przedzierała się skrajem pola walki, ruszyłem więc brygadę jazdy hiszpańskiej. Udało mi się złapać nieszczęsnych Francuzów z ręką w nocniku: duży pułk lekkiej jazdy francuskiej posuwał się w kolumnie, naprzeciw wysłałem o połowę mniejszy pułk ciężkiej jazdy hiszpańskiej. Oba pułki miały kiepskie konie, były tak samo słabo doświadczone, pech Francuzów polegał na tym, że byli w szyku, który nie dawał im impetu i walczyli przeciw ciężkiej kawalerii, jedynym ich plusem była liczebność. I co zrobili wspaniali dragoni hiszpańscy? Ano ruszyli do natarcia, owszem, ale w połowie drogi się rozmyślili i stanęli, a zanim podjęli dalszą decyzję, spadli na nich Francuzi. Szczęściem jazda francuska nie miała impetu, co pozwoliło przeżyć moim jeźdźcom turę, drugi pułk ciężkiej jazdy czekał już, by dać wsparcie, z tyłu stali również huzarzy, co ciekawe na dobrych koniach, lepszych niż dragońskie. Niestety, wsparcie nie pomogło, tę walkę Hiszpanie przegrali. Starcie to było zupełnie niepotrzebne, jazda francuska nie stanowiła zagrożenia dla oddziałów broniących się na wzgórzu, nie miałaby impetu w czasie szarży pod górkę. Ale ponieważ się wystawiła, chciałem ją ukarać, cóż jeźdźcy hiszpańscy mieli inne plany. Całe szczęście, że teren był tak wąski, że drugi pułk jazdy francuskiej nie wszedł do akcji, wtedy pewnie żywa noga nie zostałaby z hiszpańskiej jazdy.

Od tego momentu moja rekonstrukcja zdarzeń jest mocno hipotetyczna, tylko na podstawie zdjęć i relacji innych, bo niestety, odległość od Krakowa spowodowała, że wyjechałem z Pragi odpowiednio wcześnie, długi, 4-dniowy weekend w Polsce stwarzał zagrożenie, że utknę w korkach, a nie mogłem sobie na to pozwolić.

W centrum wymęczone i zdziesiątkowane ogniem bataliony brytyjskie, choć elitarne, nie wtrzymały natarcia Robertowej piechoty i podały tyły. Zaś Krzysiowe oddziały, uwolnione od męczącej obecności Francuzów nadeszły w samą porę i mimo, że Francuzi dotarli na szczyt, nie mieli szansy go utrzymać, zostaliby sturlani ze wzgórza albo wzięci do niewoli. Na lewym skrzydle aliantów piechota francuska dotarła w pobliże brygady hiszpańskiej, domniemuję, że pewnie wzięła baterię 6-funtową ze sporymi stratami, które zadał jej ostrzał, ruch kawalerii hiszpańskiej spowodował jednak, że 2 skrajne bataliony francuskie stały długo w czworobokach, przez co siła natarcia na pewno była mniejsza i łatwiej było postrzelane artylerią francuskie oddziały powstrzymać.

Bitwa zakończyła się więc zwycięstwem sprzymierzonych, bo żadną miarą Francuzi celu swego natarcia osiągnąć i utrzymać nie mogli.

Podsumowanie będzie krótkie, bo większość rzeczy już została opisana. Impreza była świetna, ludzie, których spotkaliśmy także. Znamy się zresztą z dużą częścią z nich, rozgrywki z nimi to prawdziwa przyjemność.

Przepisy bardzo mi się spodobały, wreszcie oglądając pole walki z lotu ptaka, miałem wrażenie, że jest ono bliskie realiom swojej epoki. Trochę boli losowość niektórych sytuacji, szczególną ofiarą pecha padł Mark dowodzący atakującą KGL brygadą francuską, mogę się mylić, ale co najmniej 13 razy rzucał na 2k6 wynik 3-4 w czasie różnych testów, co spowodowało, że nie osiągnął tak wiele, jak mógłby. Inna sprawa, że dzięki dobremu ustawieniu i myśleniu i tak szedł do przodu i uzyskał przełamanie nawet przy tak koszmarnych rzutach! Inna wada tych przepisów dotyczy działań lekkiej piechoty, jej ogień jest tak samo (nie)skuteczny zarówno do wrogiej lekkiej piechoty w rozproszeniu, jak i wielkich, gęsto upakowanych kolumn. Oryginalnie było jeszcze gorzej, czescy koledzy wprowadzili pewną zmianę, ale w moim odczuciu to wciąż jeszcze nie to.

Atmosfera spotkania była doskonała. Wszystko na luzie, spokojnie, bez ciśnienia na wygraną, wtrącania się do nie swoich jednostek, nie ma liczenia kątów, pierwiastków, dziesiątych części itd., a kilka spornych sytuacji zostało rozwiązanych prostym rzutem kością. Koniec i bomba, a kto nie był ten trąba.

 

 


Komentarze

Pi± 16 Wrz, 2011 Headache napisał:
Nie mam bladego pojęcia o okresie Napoleońskim i nigdy mnie specjalnie nie interesował ale czytałem z zapartym tchem :) świetny opis i fajne zdjęcia , teren i ilość figur niesamowita.

Pozdrawiam
Marcin


Dodaj komentarz