.:Wargaming Zone:. - serwis wargamingowy - .:Artykuł - Talavera de la Reyna 2010:.
Wargaming Zone     
Niedziela godzina 02:08,
16 grudzień 2018

Talavera de la Reyna 2010
Data: Nd 28 Lis, 2010
Autor: RaV
Obszerna relacja opowiada o przebiegu i atmosferze tego niezwykłego spotkania

Po raz trzeci wybraliśmy się do Czech, by rozegrać bitwę przygotowaną przez czeskich kolegów. O ile wcześniej żartowałem sobie nieco ze składu czeskich wargamingowców (większość klubu stanowili nie-Czesi), teraz okazało się, że w czeskim klubie rodzimych graczy jest już całkiem sporo, prawdę powiedziawszy, to chyba nawet więcej niż nas w Małopolsce. Ale prócz zupełnie nowych twarzy spotkaliśmy również starych znajomych.

Cała impreza przygotowana była bardzo profesjonalnie, począwszy od miejsca, aż po figury i mapę. Była utrzymana w odpowiednim nastroju muzyczka z laptopa, doskonałe materiały informacyjne o bitwie pod Talavera de la Reina, napoje, przekąski. Słowem - organizacja perfekcyjna.

Od razu wrażenie zrobił na mnie teren i figurki, głównie ich ilość, bo do jakości samych figur i ich malowania wciąż nie mogę się przekonać, przyzwyczajenia do najlepszych wzorów z WFB wciąż mam głęboko zakorzenione. Nie będę się specjalnie rozwodził nad tym fragmentem, zdjęcia pokażą to znacznie lepiej.

Przepisy, których używaliśmy to General de Brigade. Miałem z nimi do czynienia po raz pierwszy, przed bitwą czytałem je tylko raz. W zupełności wystarczyło, mechanika dość typowa dla przepisów angloasaskich - bułka z masłem. Co do zachowania samych jednostek na polu walki, też nie spodziewałem się cudów i tak faktycznie było, o czym poniżej. Nie wiedziałem jednak jak wygląda rozgrywka, znajomość przepisów bez rozegrania choćby jednej bitwy niewielkie daje pojęcie o tym, co się może wydarzyć na polu walki.

Ogólnie oceniam przepisy bardzo dobrze. Przede wszystkim gra się szybko, dość dobrze oddają realia pola walki okresu napoleońskiego i stosownie ograniczają co bardziej krewkich generałów. Nie da się w nich zrobić rzeczy, na które pozwalają np. przepisy Newbury i narzucane przez GdB ograniczenia eliminują kuriozalne sytuacje, które w przepisach Newbury są na porządku dziennym. Z drugiej jednak strony jest ten problem, że gdy generał brygady dostanie od głównodowodzącego rozkaz dajmy na to ataku, musi go realizować, w Newbury nie musi nic :-) Oczywiście i tu generał brygady może spróbować zmienić otrzymany rozkaz zgodnie z własnym zdaniem, jednak nie jest to proste i szanse powodzenia nie są specjalnie duże. Trochę to ogranicza ułańską fantazję...

Przejdźmy jednak do naszej bitwy. Najpierw nastąpił podział na strony, co śmieszne, okazało się, że alianckich graczy jest o dwóch więcej i niespecjalnie którykolwiek z nich kwapił się do przejścia na stronę francuską :-) W końcu ktoś się zlitował, nie pamiętam już dokładnie kto i mogliśmy rozpocząć rozstawienie. Jako zaprzysięgły nieprzyjaciel Francuzów wcześniej twardo postanowiłem grać oddziałami hiszpańskimi, nie dopuszczałem nawet myśli, bym to ja miał grać po stronie francuskiej ;-)

Zadania obu stron były proste: Francuzi mieli opanować wzgórze, gdzie ulokowali się alianci, oddziały sprzymierzonych miał powstrzymać francuskie natarcie. Proste, prawda?

Teren przygotowany przez czeskich kolegów obejmował historyczny obszar, na którym toczyła się walka z wyłączeniem samej miejscowości Talavera, historycznie stały tam tylko bardzo liczne, ale niezbyt chętne do walki oddziały hiszpańskie, na przeciwko zmęczonych i zdziesiątkowanych oddziałów francuskich. Dlatego ten obszar został pominięty. Następnie rozpoczynało się zbocze wzgórza, które było celem ataku strony francuskiej. Na przeciwko wzgórza znajdowała się rzeka, jednak nie miała ona żadnego wpływu na walkę i ruch. Gdzieniegdzie były niewielkie obszary trudnego terenu, na skrajnym lewym skrzydle aliantów nawet jakieś zabudowania.

Gracze alianccy wyszli z sali, by strona francuska mogła dokładnie wyrysować swoje pozycje. Co się działo u Francuzów nie wiem, wiem tylko, że gracze alianccy postanowili zachować się zgodnie z historią i umiejscowienie oddziałów było mniej więcej historyczne. Idąc od prawego skrzydła stanęła tam brygada piechoty brytyjskiej, były to 2 albo 3 bataliony liniowe plus oddziały lekkie, dowodzenie nimi objął, jak się później okazało, najmniej doświadczony gracz klubu z Pragi. Dalej stanęła kolejna brygada weteranów dowodzona przez Mike'a, obok niego stanęły doborowe oddziały piechoty kierowane przez Krzyśka, dalej stanęły oddziały prowadzone przez naszego głównodowodzącego Gary'ego, następnie oddziały czeskiego Roberta (pozwoliłem sobie go tak nazwać w odróżnieniu od naszego polskiego Roberta ;-) Skrajne lewe skrzydło aliantów zajęła moja piechota i kawaleria hiszpańska, dowodziliśmy nimi wspólnie z Emilem. Od razu małe wyjaśnienie, że to ustawienie i dowodzenie to tylko początkowe zestawienie, w późniejszym okresie sporo się zmieniało, przykładowo Emil musiał niestety wcześniej wyjechać, z kolei prawe skrzydło aliantów zostało rozbite, więc pobity gracz zajął się dowodzeniem innymi brygadami i nie należy się za bardzo do tego schematu przywiązywać. Pełen luz i zabawa na całego.

Całością dowodził Gary, trzymał też asa w rękawie, bowiem w odwodzie stało jeszcze 6 naszych pułków doskonałej jazdy angielskiej niewidocznej dla przeciwnika. To Gary zdecydował gdzie ich użyć w późniejszym okresie bitwy.

Gdy Francuzi byli gotowi, weszliśmy na salę i rozstawiliśmy się zgodnie z ustaleniami, dodam tylko, że nasz fenomenalny angielski dowódca skrajnego prawego skrzydła zaczął rozstawiać swoje oddziały po stronie francuskiej. Wiwat znajomość map!

Dość uszczypliwości. Francuzi rozstawili się na przeciwko i trochę mi się zrobiło słabo. Francuski szyk miał mocne skrzydła, a na środku aż po horyzont ogromną baterię artylerii. Sądziłem, że będzie tam stała i pilnowała, by nam głupie pomysły nie przyszły do głowy, myliłem się jednak.

Strona francuska miała zadania ofensywne, wszystkie alianckie brygady miały rozkaz „Hold", czyli utrzymywaliśmy własne pozycje.

Zaczęło się od katastrofy - lewe skrzydło francuskie ruszyło mocno do przodu. Oczywiście tempo marszu piechoty nie jest imponujące, niemniej kawaleria zatoczywszy szeroki łuk rozciągnęła front i lekko od boku zaczęła zachodzić skrajne angielskie bataliony. Mniej więcej w takim samym czasie pojawiła się piechota i artyleria francuska, zagrożeni Brytyjczycy zbili się w dwa czworoboki, które zostały koncertowo zmasakrowane ogniem piechoty i artylerii. Co ciekawe oddziały kawalerii były bardzo słabe, jeźdźcy ledwo trzymali się na koniach, piechota francuska też nie była specjalnie bitna i wyszkolona. A dowódca brytyjski miał ogromną gamę możliwości działania: cofać się w linii, zwinąć się i skrócić front przybliżając się do sąsiedniej brygady, wreszcie podjąć walkę, by zginąć z honorem, do tego dowodził naprawdę doświadczonymi żołnierzami, którzy niejeden taki widok wiedzieli. Cóż, wybrana została opcja odgrywania roli tarczy strzelniczej - dzięki dobremu morale oddziały angielskie stały 2 lub 3 tury zanim zginęły.

Tuż obok sytuacja była podobna, tylko że kawaleria zbliżająca się do brytyjskiej piechoty była znacznie lepsza - polscy lansjerzy weterani plus dwa pułki dragonów. Było się czego bać, ale dziwnym trafem kawaleria stała na tyłach piechoty, miast ruszyć równo z nią i zmusić przeciwnika do główkowania. A skoro ruszyła piechota, to choć angielski dowódca był mocno przestraszony ilością przeciwników (rozmawialiśmy sobie prywatnie o tej sytuacji), to finalnie nie dał się nastraszyć i ostrzałem zadał duże straty przeciwnikowi, po czym nawet ruszył do przeciwnatarcia (liczebnie przeciwnik był tu silniejszy od niego jakieś 2-3 razy!). Wiedział jednak, że od pewnego czasu głównodowodzący prowadzi mu na pomoc całą kawalerię i w odpowiednim momencie zjawiła się ona na polu walki, by zasiać grozę w sercach przeciwników. Dowodzący tą brygadą piechoty był akurat Amerykaninem, więc śmiałem się, że wszystko odbyło się zgodnie z konwencją historyczną i filmową: bad guys już są krok od triumfu, gdy przybywa amerykańska kawaleria. Mimo komizmu sytuacja była jak najbardziej prawdziwa :-)

Trochę bliżej naszego centrum zaawanturowali się francuscy dragoni o ile dobrze pamiętam. Bateria Krzysia (jedyna chyba jaką mieliśmy w tej okolicy) zadawała straty nadchodzącym Francuzom po czym została zaszarżowana przez kawalerię. Krzyś wybrał opcję uniku od szarży, nie wiedział jednak, że powoduje to utratę dział. Cóż - pech - jak się okazało w dalszej części bitwy, warto jednak zostać artylerzystami i walczyć do końca. Kawalerzyści byli dzielni do czasu, gdy lekka piechota Krzyśka od boku i linia piechoty od przodu odpaliły do nich z muszkietów. Mocno poturbowani chłopcy podali tyły i uciekli na złamanie karku.

Nasze centrum składało się z doborowych jednostek. Próbę ich masakrowania podjęła wielka bateria dowodzona przez Roberta, która podsuwała się równocześnie do przodu. Początkowo efekt był żaden, ale po pewnym czasie elitarny batalion brytyjski został zdziesiątkowany, inne jednostki plączące się gdzieś obok też dostały swoją porcję ołowiu. Przed taką lawiną ognia trudno było się gdziekolwiek schronić, ta sytuacja nie mogła skończyć się inaczej. Stała tu też jedna bateria angielska, ale niewiele mogła poradzić przeciw tak wielu armatom przeciwnika - prawda, że sama niewiele ucierpiała od ognia w początkowej fazie.

Lewe skrzydło alianckie było bardzo spokojne. Francuska piechota opanowała zabudowania i trudny teren przed nimi bez walki. Poniosła jednak pewne straty od baterii hiszpańskich dział 6-funtowych. Ponieważ oddziały te nie miały dodatkowych rozkazów posuwania się naprzód, zauważyłem, że w pewnym momencie podjechał do nich głównodowodzący francuski i wydał odpowiednie rozkazy. Walec ruszył do przodu, a był tym groźniejszy, że były to całkiem dobre oddziały, ustawione w szyku mieszanym, do tego bardzo liczne. Stojąca obok mnie brygada KGL dostała hiszpańską baterię 12-funtową, która okazała się bohaterką tego odcinka. Bateria prowadziła ogień do Francuzów, na który ci niespecjalnie mogli odpowiadać, więc ponosili spore straty. Gdy bataliony francuskie dotarły do stóp wzgórza, dostały jeszcze ogień od piechoty i choć osłaniane przez woltyżerów, dość poważnie się skurczyły. Francuzi podjęli frontalny atak odpychając bodajże 2 bataliony do tyłu. Na szczęście była druga linia, a czeski Robert na moją prośbę zabrał część oddziałów bardziej na środek. Co prawda osłabiało to kiepskiej jakości hiszpańską piechotę, ale nie zanosiło się, że zostanie ona szybko zaatakowana; jednostki KGL były bardziej potrzebne gdzie indziej, tam więc trafiły. Francuskie sukcesy były raczej minimalne, ale pozwalały przygotować się do kolejnego szturmu. Najlepsze wrażenie zrobiła hiszpańska bateria 12-funtowa, kiepskie rzuty i słabsze wyszkolenie nie pozwoliły hiszpańskim artylerzystom zabić tak wielu Francuzów jak powinni, ale w kulminacyjnym momencie, gdy z 4 zostały już tylko 3 działa, a obsługa była mocno przestraszona, francuski gracz zdecydował, że zuchwalców prędzej zetrze na proch szybki atak kolumny piechoty, niż dłuższe ostrzeliwanie przez woltyżerów. Zdesperowani artylerzyści odpalili salwę kartaczy i francuska piechota po sporych stratach cofnęła się. Jednak czas miał kluczowe znaczenie na tej pozycji i choć los baterii był przesądzony, kolejna tura została obroniona. Niestety, piechota po obu stronach baterii uległa przewadze przeciwnika i dobrze prowadzonemu natarciu, w końcu bateria również została zniszczona.

Wróćmy jednak na prawe skrzydło sprzymierzonych. Po rozbiciu prawoskrzydłowej brygady Francuzi ponieśli spore straty od „amerykańskiej" brygady tuż obok. Chwilę później pojawiła się kawaleria prowadzona przez głównodowodzącego i rozpoczęła serię szybkich szarż taktycznych. Część nie wyszła o ile pamiętam, część była niemożliwa z powodu ciasnoty, ale sukcesy „amerykanów" pozwoliły na rozwinięcie skrzydeł. Pierwszą ofiarą padła słabej jakości kawaleria francuska. Rozbita uciekła, ale pociągnęła za mapę jeden dobry pułk angielski. Część piechoty francuskiej atakując niezbyt udatnie rozpierzchła się w teście morale z powodu strat. Gdy zrobiło się więcej miejsca angielscy kawalerzyści rozzuchwalili się na dobre. Kubeł zimnej wody na głowy wylała im jednak artyleria francuska, było jej dużo i wcale nie miała zamiaru uciekać. Po ogromnej szamotaninie, tańcu kawaleryjskim z nawrotami, szarżami, wycofywaniem się i zawracaniem skrzydło francuskie zostało niemal zmiecione. Jednak niewiele to dało, bo stojące w pobliżu baterie francuskie zmieniły front i wspierane przez piechotę drugiego rzutu zamknęły sporą część pola walki. Skończyło się rumakowanie.

Oddziały stojące nieco bliżej centrum pokonały tymczasem siły francuskie, które próbowały je straszyć i zostawiwszy minimalne ubezpieczenia ruszyły w kierunku najwyższego punktu wzgórza, bo tu rozgrywały się dantejskie sceny.

Tymczasem skrajna prawa flanka francuska ruszyła do natarcia na hiszpańską piechotę. 6-funtowa bateria hiszpańska strzelała ile mogła, postrzelani Francuzi dotarli do stóp wzgórza. Kawaleria francuska przedzierała się skrajem pola walki, ruszyłem więc brygadę jazdy hiszpańskiej. Udało mi się złapać nieszczęsnych Francuzów z ręką w nocniku: duży pułk lekkiej jazdy francuskiej posuwał się w kolumnie, naprzeciw wysłałem o połowę mniejszy pułk ciężkiej jazdy hiszpańskiej. Oba pułki miały kiepskie konie, były tak samo doświadczone, pech Francuzów polegał na tym, że byli w szyku, który nie dawał im impetu i walczyli przeciw ciężkiej kawalerii, jedynym ich plusem była liczebność. I co zrobili wspaniali dragoni hiszpańscy? Ano ruszyli do natarcia, owszem, ale w połowie drogi się rozmyślili, a zanim podjęli dalszą decyzję, spadli na nich Francuzi. Szczęściem jazda francuska nie miała impetu, co pozwoliło przeżyć moim jeźdźcom turę, drugi pułk ciężkiej jazdy czekał już, by dać wsparcie, z tyłu stali również huzarzy, co ciekawe na dobrych koniach, lepszych niż dragońskie. Niestety, wsparcie nie pomogło, tę walkę Hiszpanie przegrali. Starcie to było zupełnie niepotrzebne, jazda francuska nie stanowiła zagrożenia dla oddziałów broniących się na wzgórzu, nie miałaby impetu w czasie szarży pod górkę, ale ponieważ się wystawiła, chciałem ją ukarać. Cóż, jeźdźcy hiszpańscy mieli inne plany. Całe szczęście, że teren był tak wąski, że drugi pułk jazdy francuskiej nie wszedł do akcji, wtedy pewnie żywa noga nie zostałaby z hiszpańskiej jazdy.

Od tego momentu moja rekonstrukcja zdarzeń jest mocno hipotetyczna, tylko na podstawie zdjęć i relacji innych, bo niestety, odległość od Krakowa spowodowała, że wyjechałem z Pragi odpowiednio wcześnie. Długi, czterodniowy weekend w Polsce stwarzał zagrożenie, że utknę w korkach, a nie mogłem sobie na to pozwolić.

W centrum wymęczone i zdziesiątkowane ogniem bataliony brytyjskie, choć elitarne, nie wytrzymały natarcia piechoty Roberta i podały tyły. Również brygada KGL pękła na swoim prawym skrzydle i mocno się cofnęła, jednak jej stan osobowy nie był za bardzo przetrzebiony i po zatrzymaniu cofających się nadawała się ona do dalszej walki. Zaś Krzysiowe oddziały, uwolnione od męczącej obecności Francuzów, nadeszły w samą porę i mimo, że Francuzi dotarli na szczyt, nie mieli szansy go utrzymać - zostaliby sturlani ze wzgórza albo wzięci do niewoli. Na lewym skrzydle aliantów piechota francuska dotarła w pobliże brygady hiszpańskiej, domniemuję, że pewnie wzięła baterię 6-funtową ze sporymi stratami, które zadał jej ostrzał, ruch kawalerii hiszpańskiej spowodował jednak, że 2 skrajne bataliony francuskie stały długo w czworobokach, przez co siła natarcia na pewno byłaby mniejsza i łatwiej byłoby postrzelane artylerią francuskie oddziały powstrzymać.

Bitwa zakończyła się więc zwycięstwem sprzymierzonych, bo żadną miarą Francuzi celu swego natarcia osiągnąć i utrzymać nie mogli.

Podsumowanie będzie krótkie, bo większość rzeczy już została opisana. Impreza była świetna, ludzie, których spotkaliśmy także. Znamy się zresztą z dużą częścią z nich, rozgrywki z nimi to prawdziwa przyjemność.

Przepisy bardzo mi się spodobały, wreszcie oglądając pole walki z lotu ptaka, miałem wrażenie, że jest ono bliskie realiom swojej epoki. Trochę boli losowość niektórych sytuacji, szczególną ofiarą pecha padł Mark dowodzący atakującą KGL brygadą francuską - mogę się mylić, ale co najmniej 13 razy rzucał na 2k6 wynik 3-4 w czasie różnych testów, co spowodowało, że nie osiągnął tak wiele, jak mógłby. Inna sprawa, że dzięki dobremu ustawieniu i myśleniu i tak szedł do przodu i uzyskał przełamanie nawet przy tak koszmarnych rzutach! Inna wada tych przepisów dotyczy działań lekkiej piechoty; otóż jej ogień jest tak samo (nie)skuteczny zarówno do wrogiej lekkiej piechoty w rozproszeniu, jak i wielkich, gęsto upakowanych kolumn. Oryginalnie było jeszcze gorzej, czescy koledzy wprowadzili pewną zmianę, ale w moim odczuciu to wciąż jeszcze nie to.

Atmosfera spotkania również była doskonała. Wszystko na luzie, spokojnie, nie ma liczenia kątów, pierwiastków, dziesiątych części itd., a kilka spornych sytuacji zostało rozwiązanych prostym rzutem kością. Koniec i bomba, a kto nie był ten trąba.

 


Komentarze

Śr 08 Gru, 2010 pawel11 napisał:
Witam.
Bardzo ciekawy opis. Sama bitwa też imponuje skalą i terenem. Daj Boże doczekać takiego starcia na przepisach NR ,,Napoleon" ;)
Co do dowodzenia strony francuskiej to słowo ,,dyletanctwo" jest chyba najwłaściwsze, bo ,,amatorstwo" to byłby juz komplement.
Pozdrawiam.

Czw 02 Gru, 2010 Robert napisał:
Jeszcze tylko w skrócie garść uwag na temat działań przegranej strony francuskiej- przegranej moim zdaniem w pełni zasłużenie, bowiem liczba błędów popełnionych przez graczy tej strony była wyraźnie większa niż ich przeciwników ( którzy w zasadzie dopóki stali i strzelali, to błędów nie popełniali;-).

Błędy na szczeblu operacyjnym:
- Zły plan bitwy, jeśli celem było zdobycie wzgórza
- Brak było głównego punktu natarcia- linia brygad rozłożonych jedna obok drugiej, bez drugiego rzutu i bez jakichkolwiek rezerw na szczeblu poszczególnych korpusów i całej armii
- 3 rozdzielone w czasie i kierunku uderzenia zamiast jednoczasowego i nakierowanego na cel główny
- Rozbieżne i drugorzędne kierunki natarć prowadzące do zużycia jednostek własnych (celem było wzgórze w centrum, najwięcej jednostek własnych zużyto atakując drugorzędne cele na skrzydłach)
- Brak głównodowodzącego w trakcie bitwy- w fazie wstępnej zaangażował się bez reszty w niewielką potyczkę na skraju pola walki i stracił z oczu cel główny i całość pola bitwy

Błędy taktyczne:
- Brak pomysłu na wykorzystanie kawalerii (czołowe szarże na baterie, szarże na przeważającego liczebnie (i jakościowo) przeciwnika
- W większości przypadków brak wsparcia własnej artylerii przy natarciu
- Brak użycia broni połączonych- nigdzie nie zaistniało współdziałanie jednocześnie 3 elementów- piechoty i kawalerii łącznie z artylerią
- Orde mix zastosowany w natarciu powodował spowolnienie marszu oraz bardzo duże straty od ostrzału angielskiej piechoty
- Duże zagęszczenie jednostek i brak przerw pomiędzy pierwszą i drugą linią brygady znacząco utrudniało manewrowanie i powodowało przemieszania jednostek odchodzących z pierwszej linii z następującymi za nimi
- Jednoczesne szarże 2 -3 batalionów tuż obok siebie na wprost na linię przeciwnika zwiększały straty i w razie niepowodzenia powodowały testy dla całej brygady
- Atakowanie na środek linii angielskiej piechoty- najczęściej skutkujące powstrzymaniem ogniem szarżujących

Jestem otwarty na dyskuję, jak należało prowadzić natarcie na każdym ze szczebli- armii złożonej z dwóch korpusów, każdego z korpusów osobno oraz na szczeblu atakujących brygad.
Pozdrawiam, R.

Wt 30 Lis, 2010 Robert napisał:
Dokładne siły stron i klasyfikację jednostek można znaleźć tutaj: http://wargaming.pl/forum/index.php?topic=1022.msg7798#msg7798

Pon 29 Lis, 2010 Rafal1999 napisał:
Witam,
serdecznie dziekuję za ciekawy opis bitwy. Mam pytanko, w jakiej skali byly figury bo nie doczytałem się? Czy można by było dodać lub otrzymać na maila:rafal.k1999@vp.pl OBB obu stron?
Mam ochotę rozegrać ten scenariusz na przepisach LFS III (opis zamieszczony był wcześniej na stronie). Co do malowania to na tych zdjeciach i tak nie widać, wiwc nie ma co sie tym przejmować. Ciesze się, że GdB sie podobał, miałem rzyjemność tłumaczyć te rulsy. Wg mnie mają ciekawe rozwiazania, ale skala jest bardzo duża.
Pozdr,
Rafał


Dodaj komentarz