Wargaming Zone     

Recenzja nowości Bellony
Data: Pon 12 Lis, 2007
Autor: Paweł Zatryb
Recenzja dotyczy książki Sadowa 1866, seria Historyczne Bitwy

Opis:
Tytuł: SADOWA 1866; Autor: Ryszard DZIESZYŃSKI; Wydawca: Dom Wydawniczy Bellona; Rok wydania: 2007; Oprawa: miękka; Format: 13 x 20; Język: polski;

ISBN 978-83-11-10811-0; Seria: Historyczne Bitwy; Ilość stron: 288; Ilość fotografii: 30; Ilość map: 3.

Recenzja:
W ramach serii HB ukazały się po 1989 r. dwie książki dotyczące tematyki wojen prowadzonych w Europie w II połowie XIX w. Były to „Magenta – Solferino 1859” autorstwa Ryszarda Dzieszyńskiego (rok wyd. 2005) i „Krym 1854 – 1855” Michała Klimeckiego (rok wyd. 2006). W mojej subiektywnej ocenie były to pozycje słabe, zawierające (w szczególności „Krym”) liczne błędy, które starałem się w miarę posiadanej wiedzy wykazać. Stąd też informacja o mającej się ukazać kolejnej książce autorstwa Ryszarda Dzieszyńskiego nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Mój pesymizm pogłębił fakt, że według zapowiedzi na stronie wydawnictwa: „autor opierał się na informacjach z ówczesnej prasy europejskiej”. Oryginalne źródło dla książki historycznej, prawda?

Przyznam jednak, że lektura książki „Sadowa 1866” przyjemnie mnie rozczarowała. Autor nie ustrzegł się błędów (o czym dalej), ale generalnie stworzył książkę znacznie lepszą niż poprzednia. W bibliografii znajduje się 25 pozycji autorów polskich, czeskich, niemieckich i angielskich, a także odniesienia do pięciu ówczesnych tytułów prasowych. Książka jest zwięzła i „czyta się” ją dobrze, a R. Dzieszyński umiejętnie połączył fachową literaturę z materiałami prasowymi.

Autor prezentuje pokrótce genezę konfliktu oraz wybrane fakty z historii państw w nim uczestniczących, a także terenów na których toczyła się wojna. Przedstawia również główne postacie: władców, polityków i wojskowych. W sposób wystarczający jak na potrzeby tematyki książki ukazuje aspekty militarne m.in. potencjał państw uczestniczących w wojnie oraz ich organizację i uzbrojenie poszczególnych armii. Pewnym minusem jest fakt, że kwestie dotyczące organizacji, uzbrojenia i taktyki armii zaangażowanych w konflikt zostały rozrzucone aż po trzech rozdziałach. Bardziej przejrzyste dla czytelnika byłoby ich skupienie, w jednym rozdziale, a opis składu poszczególnych korpusów aż prosi się o ujęcie w formie załącznika na końcu książki (jak to jest zrobione choćby w „Vicksburg 1862-63”). Przydałoby się też kilka wyjaśnień pojęć użytych w tekście np. dotyczących różnicy pomiędzy „baterią czterofuntową” a „polową baterią czterofuntową”. Chyba, że autor zakłada, iż książkę będą czytać tylko osoby świetnie zorientowane w takich niuansach.

Przebieg działań wojennych został opisany w sposób przejrzysty, a niezłe mapki ułatwiają czytelnikowi umiejscowić opisywane wydarzenia. Dużym atutem jest przedstawienie w skróconej formie wojny z Danią w 1864 r., działań na froncie włoskim, walk armii związkowych oraz ukazanie działań militarnych, które miały miejsce w Czechach już po bitwie pod Sadową, o czym często zapominają autorzy piszący o „wojnie sześciotygodniowej”.

Niestety praca zawiera również błędy, których część mogę przypisać „niechlujstwu” korekty wydawnictwa, ale większość należy zapisać na konto autora. I tak na stronie 73 stoi czarno na białym, że armia Królestwa Hanoweru liczyła 19.500 żołnierzy, z tego 13 tysięcy oddano do dyspozycji Związku Niemieckiego. Natomiast na stronie 85 armia ta liczy już 21 tysięcy i ciągle rośnie, aby na stronie 147 osiągnąć liczebność… 129 tysięcy żołnierzy. W bitwie pod Langensalza Hanowerczycy pokonują „nieco od nich słabszy” garnizon twierdzy Gotha mający 12 batalionów (czyli logicznie rzecz biorąc w każdym batalionie musiało służyć około 10 000 ludzi ;). Chyba ktoś zapomniał postawić we właściwym miejscu przecinek?

Podobnie sprawa ma się z liczebnością armii pruskich: na stronach 91 - 92 Armia Elby ma 45 tysięcy żołnierzy, a 2 Armia 94 tysiące. Na stronie 154 (po kilku bitwach) liczą już po 100 tysięcy żołnierzy. Szczytowym osiągnięciem autora jest podanie liczebności sił biorących udział w bitwie pod Nachod (str. 145). I tak Austriacy w 8 pułkach piechoty, 5 batalionach strzeleckich i niecałych 4 pułkach kawalerii posiadają 127 tysięcy żołnierzy, a Prusacy w 8 pułkach piechoty i pułku kawalerii 120 tysięcy. Jak to się ma do wcześniejszych informacji, z których wynika, że pułk piechoty liczył ok. 3100 bagnetów, a pułk kawalerii 600 szabel? Oj! Przydałby się kalkulator ;).

Choć wyżej opisane „wpadki” obniżają wartość pracy to jednak uważam, że (przy zachowaniu pewnej dozy wyrozumiałości i zdrowego rozsądku) książkę warto przeczytać. Mam też nadzieję, że kolejna książka autorstwa Ryszarda Dzieszyńskiego (prawdopodobnie dotycząca wojny francusko – pruskiej 1870 r.) będzie jeszcze lepsza niż recenzowana, czego autorowi serdecznie życzę.

Przy okazji pozwolę sobie na osobistą dygresje dotyczącą opinii, które na temat napisanej przeze mnie recenzji książki M. Klimeckiego „Krym 1854 – 1855” pojawiły się na stronie www.historycy.org.pl. Recenzje, które piszę są wynikiem moich subiektywnych przemyśleń o książce opartych na posiadanej na dany temat wiedzy. Można się z nimi zgadzać lub nie. Nie narzucam nikomu swojego zdania i nie aspiruje do roli „wyroczni”.

Chętnie wdałbym się w polemikę ale jest mi to trudno uczynić, ponieważ większa część osób uczestnicząca w dyskusji nie przedstawia żadnych merytorycznych argumentów skupiając się bądź na personalnych wycieczkach pod moim adresem, bądź na ogólnych stwierdzeniach typu: owszem może są jakieś błędy, ale książkę czyta się świetnie. Tym drugim polecam powieści. Rozbroiło mnie też stwierdzenie jednego z autorów „książki jeszcze nie czytałem”, co nie przeszkadzało mu uznać, że książka jest dobra, a recenzja zła. Merytoryczne głosy w dyskusji, np. pytające o prawdziwość wskazanych przeze mnie błędów występujących w „Krymie”, zostały zignorowane. Zapewne nie pasowały do przyjętej przez krytykantów tezy.

Komentarze

Nd 18 Lis, 2007 Marcin G napisał:
Nie jestem polonistą i jakoś nie zwróciłem na ten fakt uwagi, ale chyba liczba stron, liczba map itp. byłaby bardziej po polsku. Przy następnej redakcji może nie zapomnę zmienić :)
Swoją drogą to dobrze świadczy o Autorze, że kolejna pozycja jest lepsza od debiutu. A drobne pomyłki, no cóż, raczej nie da sie ich uniknąć. Zresztą nie wszytskiemu winny jest Autor, bo za korektę przecież ktoś bierze pieniądze...

Sob 17 Lis, 2007 nEY napisał:
A tak w ogóle to chciałbym, jako straszny upierdliwiec, zwrócić uwagę na fakt, że nie ma "ilości map", tylko jest liczba map. Raczej mapy są policzalne, to nie tona zboża albo kilo kartofli...

Śr 14 Lis, 2007 Marcin G napisał:
Jako żywo nie śniło mi się, że można brać udział w dyskusji na temat książki, której się nie przeczytało. A do tej pory wydawało mi się, że mam bujną wyobraźnię...
A fakt, że druga pozycja jest lepsza od pierwszej na pewno dobrze wróży Autorowi.

Pon 12 Lis, 2007 nEY napisał:
No cóż, cieszę się, że ta pozycja wypadła nieco lepiej niż Magenta-Solferino. Jak dotąd nie odważyłem się jej zakupić, bo jak zobaczyłem niemal w całości polską bibliografię to mnie jakoś to odrzuciło nieco. No, ale po tej recenzji, pewnie się skuszę ;)


Dodaj komentarz