Wargaming Zone     
Sobota godzina 16:14,
25 październik 2014
Francuska doktryna wojenna 1918-1940
Data: Pią 02 Lut, 2007
Autor: Marcin Gawęda
Artykuł omawia w skrócie główne elementy francuskiej doktryny wojennej, która w znacznej mierze przyczyniła się do klęski w 1940 roku.

Na francuskiej doktrynie wojennej zaciążyła pierwsza wojna światowa i idąca w setki tysięcy zabitych i rannych ofiara krwi jaką Francja musiała złożyć bogom wojny w ciągu trwania konfliktu. W celu uniknięcia w przyszłości podobnej hekatomby ofiar, wybudowano Linię Maginota, która jak się wydawała będzie nie do sforsowania. Wybudowanie wielkim kosztem potężnych umocnień na granicy z Niemcami było jak najbardziej zgodne z panującymi we Francji nastrojami pacyfistycznymi i w wielkiej mierze przyczyniło się do utrwalenia jako aksjomat defensywnej doktryny wojennej opartej na wzorach wojny pozycyjnej 1914-1918.

„Pasywna doktryna militarna – pisze Kazimiera Mazurowa – przyjęta u schyłku lat dwudziestych, będąca pochodną konsumpcyjnego profilu francuskiej ekonomiki oraz pacyfistycznej ideologii, była wprawdzie doktryną dominująca, niemniej nie została nigdy do końca zaakceptowana” [1]. Chodzi o dwie koncepcje obrony Francji lansowane przez marszałków Ferdinanda Focha i Philippe Pétaina. Foch, wyciągając wnioski z minionej wojny, był rzecznikiem operacji toczonych na terytorium przeciwnika. Zakładał walkę poza granicami Francji, przedkładała więc ofensywę ponad defensywę. Koncepcja Pétaina była wręcz odwrotna. Marszałek Pétain, tak jak Foch, chciał uniknąć ogromnych strat w ludziach i zniszczeń kraju, jednak nie zamierzał tego osiągnąć poprzez prewencyjną ofensywę, ale „głosił on teorię obrony statystyczno-linearnej, która wywodziła się z doświadczeń wojny pozycyjnej lat 1914-1918. Miała ona uniemożliwić oddanie wrogowi choćby części terytorium francuskiego, stąd też idea „okopania się na ziemi ojczystej”, w potężnych fortyfikacjach. Mimo, że zastrzeżenia wobec koncepcji Pétaina zgłaszało wielu generałów, w tym marszałek Ferdinand Foch, z czasem zyskała ona aprobatę. Koniec sporu nastąpił w 1930 r. kiedy parlament podjął decyzję o zatwierdzeniu planu budowy linii Maginota, co było oczywistym przyjęciem pasywnej doktryny militarnej lansowanej przez Pétaina. Pomijając założenia militarne – statyczna forma obrony wykluczała z góry jakiekolwiek warianty ofensywne (vide francuska „ofensywa” jesienią 1939 r.) – doktryna ta miała ogromny wpływ na społeczeństwo dając mu złudne poczucie bezpieczeństwa.

Na bierną doktrynę wojskową ogromny wpływ miało przekonanie o potrzebie rozbudowy systemu fortyfikacji. Na potrzebę budowy takiej ciągłej linii fortyfikacji Francuzi zwrócili uwagę już po wojnie 1870-1871 r. szukając skutecznej metody osłony swoich granic przed kolejną niemiecką napaścią. To była geneza długiego cyklu fortyfikacji rozpoczętego w latach 70-tych XIX wieku i kontynuowana w latach trzydziestych XX wieku. Doświadczenia pierwszej wojny zdawały się wskazywać, że silne pozycje umocnień nadal dają duże możliwości, zwłaszcza w defensywie (Verdun). Marszałek Philippe Pétain uznałl po wojnie, że udało mu się zatrzymać natarcie niemieckie właśnie dzięki fortom otaczającym Verdun. Francuskie naczelne dowództwo uwierzyło więc w przewagę umocnień stałych, co legło u genezy ogromnego wysiłku rozbudowy Linii Maginota. W 1934 Zgromadzenie Narodowe dało błogosławieństwo na budowę tej gigantycznej linii umocnień zatwierdzając kosztorys opiewający na równowartość 120 mln dolarów. W chwili ukończenia linii koszty przekroczyły pierwotne zamierzenia ponad dwukrotnie! Mimo tego nigdy nie brakowało pieniędzy na modernizację wojska, to że przezbrajanie rozpoczęto dopiero w 1936 r. było winą doktryny a nie brakiem funduszy [2]. Wydatki na wojsko nie miały jednak porównania z niemieckimi, mimo, ze systematycznie wzrastały: w 1935 r. wynosiły 4,9% dochodu narodowego, natomiast w 1938 r. wzrosły do 6,2%. Dla porównania w Niemczech wydatki na zbrojenia w 1938 r. wynosiły 20% dochodu narodowego, a w 1939 r. nawet 35%. Co więcej jeszcze w latach 1935/36 sporo wydatków pochłaniały fortyfikacje [3].

Wniosek, że z powodu budowy linii Maginota wojsko zmuszone zostało do poważnych oszczędności nie jest jednak całkowicie prawidłowy. Po prostu (z różnych powodów) ogromnych sum przeznaczonych na obronę nie wykorzystano należycie. W związku z krótszym okresem służby poborowych na początku lat trzydziestych francuscy wojskowe en masse nie interesowali się opracowywaniem nowej taktyki i dokonywaniem głębszych zmian w programach szkoleniowych. Do tego dochodziło także szereg niekorzystnych decyzji w dziedzinie wdrażania nowych rodzajów broni lub zaniedbywania innych. Kiedy w 1936 roku zaczęto przezbrajać armię okazało się, że wiele rodzajów broni nie odpowiada wymogom nowoczesnego pola walki.

Zwycięstwo w wojnie spowodowało, że we Francji uwierzono iż poznano najlepszy sposób na sukces. A Goutard pisze: „Po zwycięstwie nie uniknęliśmy w naszej armii wysnucia „nauk”, które tak drogo nas kosztowały. Nareszcie weszliśmy w posiadanie zasad i sposobów, za pomocą których odnosi się sukces! Chodziło więc o skodyfikowanie ich i zachowanie do najbliższego konfliktu” [4]. Konserwatywny korpus oficerski „skodyfikował i zachował” te zasady znakomicie, tyle tylko że z końcem lat trzydziestych były one już zupełnie przestarzałe, gdyż opierały się na przekonaniu, że kolejna wojna będzie wojną pozycyjną, taką sama jak ta z lat 1914-1918. Konserwatyzm doktryny francuskiej sprowadzał się do kilku podstawowych dogmatów:

1.Przewaga ognia – manewr nie ma znaczenia liczy się tylko przewaga ognia – metodyczne wprowadzanie jak największej liczby dział, moździerzy i karabinów maszynowych. Natarcie to „ogień, który posuwa się naprzód”, obrona to „ogień który zatrzymuje”. Natarcie to front posuwający się skokami, gdyż po osiągnięciu celu należy podciągnąć wsparcie artylerii, stąd nierówność tempa ofensywy i jej powolność.

2.Nienaruszalność frontów ciągłych – linia frontu musi być linearna, trzeba zbudować linię km i artylerii jako spójnego systemu ognia w określonym kierunku. Atak od skrzydła to katastrofa. Z tego dogmatu wynikało w 1940 r. tak wiele odwrotów wobec zwyczajnego zagrożenia obejściem, które często kończyły się fatalnie. Nie można było przeciwuderzać, bo do stosowania ognia trzeba wiedzieć, gdzie jest przeciwnik. Najpierw więc „ryglowano” włamanie a nie kontratakowano ze skrzydła.

3.Bezwzględna wartość schematów i tabel – nie było miejsca na improwizację, wszystko zawierało się w tabelach i schematach. Głębokość ataku zależała od ilości artylerii, trzeba było kalkulować ilość dywizjonów wsparcia artyleryjskiego, aby z tabeli dowiedzieć się na jakim froncie można atakować. Doświadczenia te wypływały z ustabilizowanego frontu poprzedniej wojny, gdzie siła ognia była niezwykle ważna, ale nic nie były warte w kolejnej, manewrowej wojnie. Stawiano więc na ostrożność i metodyczność, żadnego śmiałego działania do przodu [5].

Konsekwencją tych „nauk” była śmierć manewru. Doktryna była przestarzała i niezwykle zbiurokratyzowana – sztaby wielkich jednostek działające w myśl „rozkazów-schematów” produkowały dosłownie tony papierów zalewające wojsko. Oczywiście nadal poza obroną w instrukcjach była mowa o natarciu, ale każda ofensywa nie tylko była zbyt metodyczna i w zamierzeniu powolna, to jeszcze, aby można ją było przeprowadzić, trzeba było być pewnym, że uzyska się należytą przewagę. Oczywiście w warunkach wojny manewrowej, przy ciągłej zmianie sytuacji, przy braku frontów ciągłych i linearnej pozycji obrony, pewność, że oto na jakimś kierunku mamy wreszcie wystarczającą przewagę nad przeciwnikiem, aby móc nacierać była utopią. O natarciu jako pewnym odległym i nierealnym ideale celnie pisze A. Goutard: „Oczywiście idea natarcia nie była potępiona, pozostawała jednak odległym ideałem. Odbicie tego poglądu znajdujemy w „Instrukcji taktycznego użycia wielkich jednostek”, która została opracowana w 1936 roku przez komisję złożoną z 11 generałów, pod przewodnictwem generała Georgesa. Instrukcja ta stanowiła dla naszej armii „Prawo i Księgę Proroków”! Czytało się tam w artykule 108: „Natarcie jest głównym sposobem działania. Tylko ono pozwala na osiągnięcie decydujących wyników”. Ale zaraz potem następowała uwaga: „Natarcie wymaga przewagi początkowej”. Dopóki nie będziemy pewni, że rozporządzamy tą przewagą, a tego nie będziemy pewni nigdy – pozostaniemy w obronie!” [6].

Czy w świetle takiej instrukcji sporządzonej prze autorytety można mieć pretensje do francuskiej kadry oficerskiej, że nawet w korzystnych sytuacjach nie była zdolna do podjęcia decyzji o natarciach na flankę rozciągniętych sił nieprzyjaciela? A takich sytuacji – wymagających tylko nieco ryzyka, improwizacji czy nawet odwagi – na polach Francji w 1940 r. nie brakowało. Niemieccy dowódcy jednostek pancernych grali nieraz va banque i jeśli zawsze liczyli na bierność i apatię francuskich wyższych oficerów to się nie mylili. Przegapiono wiele okazji do kontrataków na zbyt rozciągnięte niemieckie jednostki pancerne (nierzadko z nieosłoniętymi flankami). Inicjatywa przez całą kampanię leżała całkowicie w rękach Niemców.

Nawet rozbudowa niemieckich sił pancernych nie zmieniła francuskiej doktryny nastawionej na bierną obronę pozycyjną. Jeszcze w 1938 roku duch Verdun był wszechobecny we francuskim Ministerstwie Obrony. Nadal postrzegano Linię Maginota jako niepokonaną tarczę broniącą Francji przed niemieckimi ciosami, chociaż nie była ona aż tak silna jak się wydawało i nie brakowało w niej dziur. Z jednej strony w Linię Maginota zainwestowano zbyt wiele pieniędzy by uznać ją za niepotrzebną, z drugiej strony rząd francuski był przekonany, że ukrycie się za linią umocnień zapobiegnie rzezi jakiej doświadczył ten kraj w latach I wojny światowej. Podejście naczelnego dowództwa nie może być chyba lepiej oddane niż słowa jakiegoś generała po ćwiczeniach w maju 1938 roku, który powiedział: „Jestem szczęśliwy, że mieliśmy dzień defensywnej strategii. Będziemy bowiem prowadzić wojnę defensywną. Nie dopuścimy do masakry narodu Francji”. Nic dziwnego, że pomysły generała De Gaulle’a, że konieczne jest utworzenie dużego zgrupowania sił pancernych zdolnego do działań ofensywnych musiały łamać opór konserwatywnych generałów niemal na każdym etapie ich realizacji.

Trzeba jasno powiedzieć, że nie brakowało w okresie międzywojennym we Francji oficerów lansujących postępowe doktryny użycia czołgów i lotnictwa będących zaprzeczeniem biernej doktryny defensywy za wszelką cenę. Ojciec francuskich jednostek czołgów generał Estienne jasno opowiadał się za mechanizacją i upancernieniem armii. Już w 1920 roku postulował on utworzenie armii pancernej złożonej ze 100 000 żołnierzy, 4000 czołgów i 8000 ciężarówek, która umożliwiłaby działania ofensywne na głębokie tyły nieprzyjaciela. Co więcej Estienne uważał, że w tych działaniach ofensywnych poważną rolę będzie spełniać lotnictwo wspierające działania zmechanizowanych sił lądowych. Niestety w latach 20-tych koncepcje generała Estienne nie zostały uwzględnione, a przyjęto idee defensywne promowane przez marszałka Philippe Pétaina, bohatera wielkiej wojny. Ten najwyraźniej zapomniał o doświadczeniach wojny manewrowej z 1918 roku i masowego użycia czołgów na froncie zachodnim. W efekcie już wtedy położono podwaliny dla budowy Linii Maginota i defensywnej strategii, w której to główną rolę odegrać miała metodycznie działająca piechota [7].

W 1930 roku odchodzący na emeryturę Estienne błagał, by francuskie siły zbrojne stały się samodzielnym rodzajem wojsk. Niestety „Instrukcja wykorzystania czołgów” przyjęta w 1930 roku jasno twierdziła, że „czołgi są jedynie środkiem pomocniczym tymczasowo oddanym do dyspozycji piechocie. Znacząco wspierają jej działania, jednak jej nie zastępują [...]” [8]. Następca Pétaina, generał Weygand chociaż był kawalerzystą nie sprzeciwiał się mechanizacji armii, uważał jednak, że należy z nią postępować bardzo ostrożnie. Oczywiście nie było mowy o tworzeniu armii, czy nawet dywizji czołgów. Mimo oporów trwał jednak proces mechanizacji jednostek kawalerii. W 1932 roku przeprowadzono ćwiczenia z udziałem jednostek zmechanizowanej kawalerii i piechoty. Rok później powstała wreszcie zmotoryzowana dywizja kawalerii, którą określono mianem Division Légère Mecanique (DLM – Lekka Dywizja Zmechanizowana). Dywizja była dość zbliżona organizacyjnie do wzorów niemieckiej dywizji pancernej z 1935 roku. W skład dywizji DLM wchodziły: pułk rozpoznawczy z 40 samochodami pancernymi (2 dywizjony po szwadronie motocyklistów i szwadronie samochodów pancernych w każdym), brygada pancerna licząca dwa pułki czołgów po 80 maszyn, trzy batalionowa zmotoryzowana brygada strzelców (dragonów) licząca 3 tysiące ludzi i 60 czołgów (po 20 w batalionie), pułk artylerii ciągnionej (3 dywizjony), batalion saperów, oddział przeciwpancerny (20 armat), bateria artylerii przeciwlotniczej (6 dział) oraz służby. Lekka Dywizja Zmechanizowana była sporym krokiem naprzód i wykazała swoje zalety w 1935 roku podczas manewrów w rejonie Marna-Aisne. „Instrukcja taktycznego użycia wielkich jednostek” z 12 VIII 1936 roku uznaje DLM za podstawowy pancerny związek taktyczny. Instrukcja nadal podkreśla rolę czołgów jako bezpośredniego wsparcia piechoty, ale także znacznie rozszerza zadania broni pancernej, włącznie z przenikaniem na tyły obrony przeciwnika [9].

W następnych latach zmechanizowano drugą dywizję kawalerii do typu DLM, a pozostałe trzy dywizje kawalerii zmechanizowano częściowo, dodając do dwóch brygad konnych brygadę zmechanizowaną składającą się z pułku samochodów pancernych (2 szwadrony motocyklistów i 4 szwadrony samochodów pancernych) oraz pułku zmotoryzowanych dragonów w składzie trzech batalionów strzelców, poza tym w dywizji były oczywiście inne pododdziały: pułk artylerii, saperzy i oddział przeciwpancerny [10].

W 1934 roku podpułkownik Charles de Gaulle, wychodząc z koncepcji strategicznych generała Estienne, wydał książkę pt. „Ku armii zawodowej” (Vers l’armée de Métier). Książka ta dała mu reputację zwolennika broni pancernej. Zasadniczą tezą książki było twierdzenie, iż trzeba utworzyć niewielką, ale zawodową, a przez to profesjonalną armię, która byłaby bardzo mobilna. Podstawą manewru byłyby dywizje zmotoryzowane i częściowo opancerzone (pancerne), zdolne do samodzielnego działania. Ponieważ podstawą działania broni pancernej wspartej prze lotnictwo jest masa, niezwykle ważne jest zgrupowanie broni pancernej w wielkie jednostki wyposażone we wszystkie środki potrzebne do samodzielnego manewru. Proponowany przez de Gaulle’a korpus pancerny miałby się składać z 6 dywizji pancernych i dywizji lekkiej oraz odpowiednich elementów wsparcia i służb. Dywizja pancerna jego zdaniem powinna się składać z: brygady czołgów (pułk czołgów ciężkich i pułk czołgów średnich oraz batalion rozpoznawczy wyposażony w czołgi lekkie), brygady artylerii (pułk ciężkich haubic, pułk artylerii lekkiej i dywizjon artylerii przeciwlotniczej), dywizjonu rozpoznawczego złożonego z czołgów szybkich oraz elementów zmotoryzowanego wsparcia (np. saperów), wreszcie z dywizjonu lotnictwa obserwacyjnego i batalionu maskowania. Dywizja lekka miała być wyposażona w elementy szybsze, a więc mniej ciężkie, a odwód ogólny korpusu miała stanowić brygada czołgów najcięższych i inne pododdziały artylerii i saperów oraz komponent lotnictwa myśliwskiego i rozpoznawczego. Do ataku czołgi miały być zgrupowane w trzech rzutach, a każdy rzut miał się składać z 5-6 fal uderzeniowych, z których pierwsza byłaby najsilniejszą. Piechota posuwać się miała za czołgami na pojazdach gąsienicowych bądź pieszo i zabezpieczać zajęty przez czołgi teren [11].

Fakt, że na wskroś defensywna doktryna francuska, promowana przez starszych generałów opromienionych chwałą zwycięzców z poprzedniej wojny, była krytykowana przez młodszych oficerów nie miał większego znaczenia. Ani książka ani artykuły de Gaulle’a nie trafiły na podatny grunt we Francji i nie potrafiły się przebić przez skostniały w poglądach korpus oficerski. Zainteresowali się za to nimi Niemcy. Hitler kazał sobie zreferować, książkę de Gaulle’a a niemieckie dywizje pancerne uzyskały skład podobny do tego, który proponował Francuz [12]. Sama idea przewodnia de Gaulle’a streszczająca się w stwierdzeniu, że dzięki silnikowi przywrócony został manewr, nie tylko nie zostały we Francji zaakceptowane, ale co więcej spotkały się z mocną krytyką. Jeden z francuskich generałów posunął się nawet do stwierdzenia, że Francja powinna być w ogóle przeciwniczką motoryzacji! Niestety, jak pisze we wspomnieniach de Gaulle, zamiast dyskusji merytorycznej, która mogła przynieść jakieś korzyści dla doktryny wojskowej, starano się po prostu ośmieszyć jego nowoczesne poglądy [13].

W parlamencie francuskim akcję utworzenia armii pancernej rozpoczął Paul Reynaud, jednak czynniki oficjalnie kurczowo trzymały się dawnych koncepcji. Poglądy de Gaulle’a potępiali tacy wybitni wojskowi jak generałowie M. E. Debenay i M. Weygand, marszałek Ph. Pétain oraz minister wojny J. Maurin. Co prawda generał Gamelin nie był przeciwny tworzeniu nowych dywizji pancernych, ale uważał, że powinny się składać wyłącznie z ciężkich czołgów typu B1 i B1 bis, których było wówczas za mało. Niska produkcja czołgów ciężkich spowodowała, że w 1937 roku postanowiono wyposażyć dywizje pancerne w czołgi średnie typu D1 i D2. Plan czteroletni przewidywał utworzenie 2 dywizji pancernych, 3 dywizji zmechanizowanych oraz motoryzację 10 dywizji piechoty, ale kryzys sudecki opóźnił powstanie dywizji pancernej o przeszło rok i pierwsza taka dywizja powstała dopiero po wybuchu wojny [14].

Dość wcześnie, bo w latach 1931-1932, rozpoczęto natomiast we Francji motoryzację wybranych dywizji piechoty. Co prawda plan czteroletni z 1936 roku przewidywał motoryzację 10 dywizji, ale w chwili wybuchu wojny zakończono dopiero motoryzację 8 dywizji piechoty. Na papierze liczba zmotoryzowanych dywizji francuskich przewyższała wówczas dwukrotnie analogiczne dywizje w Wehrmachcie, ale motoryzacja dywizji niemieckich była bardziej kompletna. Dywizje niemieckie miały regulaminy przystosowane do wojny ruchowej, francuskie zaś miały być tylko przewożone samochodami, a taktyka w niczym nie różniła się od taktyki zwykłych dywizji piechoty [15].

Poza wielkimi jednostkami zmechanizowanymi duże ilości broni pancernej przeznaczono do batalionów czołgów bezpośredniego wsparcia piechoty. Już w 1938 roku istniało we Francji 21 batalionów nowoczesnych czołgów przewidzianych do wspierania poszczególnych armii, a plan czteroletni mówił aż o 50 tego rodzaju batalionach [16].

Złe wykorzystanie broni pancernej miało swoje przyczyny bardziej w sferze doktrynalnej niż technicznej, gdyż Francuzi dysponowali dużym parkiem pancernym. Już jesienią 1938 mieli 1300 nowoczesnych czołgów, nie licząc starych M-17 i tankietek (2-3 tysiące) oraz kilkaset samochodów pancernych (ok. 600?). Większość czołgów były to czołgi piechoty użyte do bezpośredniego jej wsparcia na polu walki, a co za tym idzie rozdrobnione w masie dywizji piechoty. Niewiele czołgów znalazło się w dywizjach zmechanizowanych kawalerii i pancernych nie dlatego, że takich nie posiadano, ale dlatego, że uznawano, iż podstawowym zadaniem czołgów wsparcia jest wspieranie piechoty. W 1940 roku w ponad 40 batalionach czołgów przeznaczonych do wsparcia piechoty znalazło się ok. 1800 czołgów, podczas gdy we wszystkich pozostałych dywizjach pancernych (4), zmechanizowanych (3) i kawalerii (5) znalazły się tylko 1292 czołgi. Co prawda nawet de Gaulle nie przewidział do końca na czym polega teoria blitzkriegu, gdyż zupełnie lekceważył rolę lotnictwa, które jak się miało wkrótce okazać stanowiło niezbędny komponent wojny błyskawicznej, wskazał jednak bezbłędnie, że tylko koncentracja sił pancernych w armie czy korpusy da należyte efekty.

Złe użycie sprzętu pancernego wynikało oczywiście z wielu czynników, ale podstawowym była zupełnie przestarzała doktryna wojenna odpowiadająca wojnie pozycyjnej, a nie ruchowej. Niestety na tym polu beztroska Francuzów i lekceważenie doświadczeń płynących z pola walki w Polsce była największa. Nie zauważono we Francji, że tylko koncentracja sił pancernych i wsparcie ich lotnictwem może dać wymierne sukcesy strategiczne, a wyraźnie wskazywały na to operacje Wehrmachtu w Polsce. Co więcej nie skorzystano nawet z rad Polaków, którzy po kampanii wrześniowej przybyli do Francji i chcieli się nimi podzielić z aliantami. Była to chyba sytuacja bez precedensu, skoro odrzucono pomoc ze strony polskich oficerów, którzy mieli za sobą doświadczenie bojowe. Co więcej w dużej mierze byli to fachowcy ze zmotoryzowanej 10 Brygady Kawalerii, którzy wiele dobrych rad mogli i chcieli udzielić. Jak pisze Maczek, to Francuzi chcieli ich uczyć walczyć! Szerzej poruszamy ten temat poniżej, pisząc o polskich jednostkach we Francji.

Pomimo faktu, że we Francji powstawały dywizje zmechanizowane, a idea powstania dywizji pancernych była coraz bliższa realizacji, nie brakowało oponentów, którzy lansowali tezy przeciwstawne postępowym poglądom de Gaulle’a. Działo się tak nawet w 1939 roku, kiedy, jak na dłoni, widoczne było w którym kierunku zmierza organizacja niemieckich sił pancernych. W słowie wstępnym do jednej z konserwatywnych książek marszałek Ph. Pétain napisał, że czołgi są kosztowne, wolno zajmują stanowiska, a połączenie min i środków przeciwpancernych będzie dla nich barierą nie do przebycia.

O ile można zrozumieć, dlaczego przed wybuchem wojny lekceważono broń pancerną, bo tak naprawdę nikt (nie wyłączając niemieckich generałów) nie wiedział jak „zadziałają” dywizje pancerne na polu walki, to jednak po kampanii w Polsce można było zobaczyć gołym okiem na co stać należycie skoncentrowane i wsparte lotnictwem wojska pancerne. Mimo to teoria blitzkriegu jakby nie była zauważalna we Francji. Co prawda organizowano dywizje pancerne, ale nie szły za tym żadne zmiany doktrynalne. Nadal oczekiwano na uderzenie w oparciu o linearną pozycję obrony, a dywizje pancerne rozdrobniono za linią frontu zamiast utworzyć z nich związek operacyjny szczebla korpusu bądź armii. Nie wyciągnięto także żadnych wniosków ze współdziałania broni pancernej i lotnictwa. W efekcie broń pancerna używana częściami nie przyniosła żadnych poważnych skutków.

Doktryna francuska oparta na doświadczeniach okopów I wojny światowej nie była zdolna do improwizacji, a nawet do zaczepnych działań ofensywnych. W wypadku przełamania frontu ideą przewodnią było „ryglowanie” worka stworzonego przez nieprzyjaciela i przywracanie w ten sposób linii ciągłego frontu. Jeśli przewidywano uderzenia na skrzydła to miały one nastąpić do długich i metodycznych przygotowaniach, po czym równie szablonowo miały być przeprowadzane. Zupełnie nie chciano zauważyć we Francji, że silnik zrewolucjonizował sposób prowadzenia wojny. Doświadczenie wojny pozycyjnej doprowadziło do tego, że francuska doktryna polegała na skomplikowanych tabelach, w których wykazywano jaki tonaż pocisków należy rzucić na kilometr kwadratowy, ile jest potrzebnych do tego baterii i batalionów, które trzeba ustawić na kilometr frontu, jaki zapas amunicji zgromadzić przed natarciem itd. W równie skomplikowany sposób obliczano nawet na jaką głębokość można się posunąć do przodu dysponując takimi a takimi siłami! Nie było tam miejsca na żadną improwizację, szybkie i nieszablonowe działanie, zaskakujący manewr na skrzydła czy tyły przeciwnika. De Gaulle tak skomentował doktrynę francuską w swoich wspomnieniach: „Organizacja, szkolenie, zbrojenie – cała doktryna wojenna wywodziła się z idei wojny pozycyjnej. Było rzeczą uzgodnioną, że w razie wojny Francja zmobilizuje gros swych rezerw i stworzy możliwie największą liczbę dywizji, przeznaczonych jednak nie do tego, by manewrować, atakować, rozwijać sukcesy, lecz do tego, by trzymać odcinki frontu. [...] nie brano w ogóle pod uwagę możliwości działań zaczepnych. Słowem, wszystko składało się na to, aby uczynić z bierności dominującą zasadę naszej obrony narodowej”. Ta defensywna strategia, na której wychowano całe pokolenia dowódców wszystkich szczebli zbankrutowała w konfrontacji z agresywną teorią blitzkriegu, która dla francuskich generałów była po prostu szokiem.

Oczywiście doktryna jest pochodną wizji przyszłej wojny jaką mają prominentni wyżsi oficerowie korpusu oficerskiego i dlatego młodzi i energiczni oficerowie będą bardziej otwarci na nowości i zmiany niż starsi wiekiem, „wysłużeni”, często wypaleni lub uważający się za autorytety generałowie czy marszałkowie. Zmiany w doktrynie nie mogą nadejść jeśli te autorytety z niechęcią podchodzą do młodszych kolegów. Tak było we Francji kiedy marszałek Pétain czy generał Weygand pogardliwie spoglądali na de Gaulle. Nawet w trakcie kampanii we Francji, kiedy generał de Gaulle był już podsekretarzem stanu w MON Weygand zwał go pogardliwie „młokosem” a Pétain „zarozumialcem”. Warto zwrócić uwagę, że Pétain miał w 1940 r. już 84 lata, a Weygand 73. Jeśli do tego dodamy iż otaczała ich sława jeszcze z czasów I wojny światowej, to czy trudno się dziwić, że mieli anachroniczne poglądy na temat prowadzenia wojny i z niechęcią patrzyli na wybijających się młodszych oficerów? We Francji nie patrzono na rzeczywiste umiejętności generałów, ale ulegano jakiemuś czarowi sławy z poprzedniej wojny. Wejście do rządu ściągniętego z Madrytu marszałka Pétaina (18 maja 1940 r.) nie miało charakteru decyzji stricte wojskowej, a chodziło raczej o samo nazwisko-symbol niż o rzeczywiste kwalifikacje wojskowe czy polityczne sędziwego już wówczas marszałka, który zresztą nawet nie krył się ze swoimi anachronicznymi poglądami na prowadzenie wojny.

Przyczyn druzgocącej klęski wojsk francuskich w kampanii 1940 r. jest wiele, jedną z nich była jednak przestarzała doktryna oparta na doświadczeniach wojny pozycyjnej, za którą szło wadliwe szkolenie operacyjne i taktyczne. Do ostatnich dni dowódcy francuscy nie zdecydowali się na rewizję anachronicznej doktryny i wyciagnięcie jakichkolwiek wniosków z kampanii wrześniowej. Wyżsi oficerowie francuscy uważali, że „wojna błyskawiczna” ni e będzie miała zastosowania we Francji. Kiedy okazało się, że pole walki wygląda zupełnie inaczej niż wyobrażali to sobie dowódcy francuscy załamał się system naczelnego dowodzenia. Wydaje się więc – pisze A. Goutard – że klęskę nasza należy słusznie przypisać przede wszystkim sposobowi myślenia nacechowanemu konserwatyzmem i kompromisowością, przepojonemu nierealnymi ideami i oderwanymi od rzeczywistości pomysłami. Krótko mówiąc – olbrzymi błąd popełniony przez dowództwo stawał się nie do naprawienia wobec braku wczucia się w epokę: błąd ten znacznie bardziej zaważył na klęsce niż słabość naszej armii i kraju”.

Zła doktryna i błędna organizacja widoczne były w wielu aspektach i to nie tylko w wojskach lądowych. Przykładowo zupełnie nieefektywnie użyto sił lotniczych zbytnio rozdrobnionych i z wadliwą strukturą organizacyjną. Jeśli posiadano nowoczesne oddziały, np. spadochronowe, to zupełnie nie wiedziano jak ich użyć. Armia francuska dysponowała kilkoma kompaniami spadochroniarzy i 3 batalionami częściowo zmotoryzowanej piechoty powietrznej zaopatrzonych w spadochrony i samoloty transportowe. Niestety francuskie dowództwo nie miało pojęcia jak wykorzystać ten nowoczesny rodzaj wojsk, tym bardziej, że wojska powietrznodesantowe są raczej bronią ofensywną. Pułkownik Rogé pisał wprost o wojskach powietrznodesantowych: „ani sztab wojsk lotniczych, ani wojsk lądowych nie zrozumiały ich znaczenia, a co za tym idzie, zabrakło nam lotniczego sprzętu transportowego”. Na tego rodzaju oddziały w pasywnej doktrynie francuskiej zabrakło po prostu miejsca.

Zakończeniem tego krótkiego artykułu niech będą słowa niemieckiego generała von Mellenthina, który lapidarnie podsumował francuską doktrynę zupełnie nieodpowiednią w warunkach wojny manewrowej: „Alianccy wyżsi dowódcy, a zwłaszcza Francuzi, wciąż myśleli kategoriami linearnej taktyki z okresu pierwszej wojny światowej i podzielili swoją broń pancerną pomiędzy dywizje piechoty. [...] Francuzi nie rozważali również możliwości zmasowanego użycia swoich dywizji pancernych. Rozpraszając broń pancerną wzdłuż całego frontu od granicy szwajcarskiej do kanału La Manche, francuskie Naczelne Dowództwo bardzo poszło nam na rękę i mogło mieć tylko do siebie pretensję za późniejszą katastrofę”.



[1] K. Mazurowa, Europejska polityka Francji 1938-1939, Warszawa 1974, s. 362.

[2] Tamże, s. 363.

[3] J. E. Kaufmann, H.W. Kaufmann, Linia Maginota. Nie przejdzie nikt, Warszawa 2002, s. 17.

[4] K. Mazurowa, Europejska…, s. 362.

[5] A. Goutard, 1940. Wojna straconych okazji, Warszawa 1959, s. 32.

[6] Tamże, s. 32-33.

[7] Tamże, s. 38.

[8] Ch. Messenger, Sztuka Blitzkriegu, Warszawa 2002, s. 135.

[9] Tamże, s. 63.

[10] Tamże, s. 101.

[11] J. Boucher, Broń pancerna w wojnie, Warszawa 1958, s. 45; Ch. Messenger, Sztuka..., s. 102; M. Zgórniak, Europa..., s. 164.

[12] J. Boucher, Broń..., s. 46-47.

[13] J. Boucher, Broń..., s. 42; M. Zgórniak, Europa..., s. 164.

[14] De Gaulle swoją teorię o potrzebie rozwoju broni pancernej nieśmiało wyłożył już w 1919 roku w opublikowanej książce „La Discorde chez l’ennemi” („O nieporozumieniach w obozie nieprzyjaciela”), potem już bardzo energicznie w „Le Fil de l’épée” („Ostrze miecza”) i „Vers l’armée de métier” („Ku armii zawodowej”) i wreszcie w 1938 roku w „La France et son armée” („Francja i jej armia”); Ch. de Gaulle, Pamiętniki wojenne, t. I, Warszawa 1962, s. 9.

[15] J. Boucher, Broń..., s. 45.

M. Zgórniak, Europa..., s. 163-164.

Ch. de Gaulle, Pamiętniki..., s. 15-16.

M. Zgórniak, Europa..., s. 164.

M. Zgórniak, Europa..., s. 165.

M. Zgórniak, Europa..., s. 165.

G. Förster, Nikolaus Paulus, Abriss der Gechischte der Panzerwaffe, Berlin 1978, s. 157.

Ch. Messenger, Sztuka..., s. 133.

A. Goutard, 1940..., s. 32-33.

Ch. de Gaulle, Pamiętniki..., s. 4-5.

J. Eisler, Philippe Petain, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. 113-114.

A. Goutard, 1940..., s. 460.

M. Zgórniak, Europa..., s. 463.

A. Goutard, 1940..., s. 108. Pierwsze dwie grupy piechoty powietrznej (601 i 602) Francuzi utworzyli już w 1937 roku.

F. W. von Mellenthin, Bitwy pancerne, Warszawa 2002, s. 26-27.
Komentarze

Nd 12 Paź, 2008 Zulu von Auffenberg napisał:
Re Marcin2501.
Tylko że Niemcy, jak Imperator Napoleon, rozumieli, że wojny nie wygrywa się żelbetem, bo ten się nie jest w stanie poruszyć.
Co nie znaczy, że umocnienia nie powinny stanowić podstawy operacyjnej, chroniąc mobilizację i pozwalając na koncentrację sił i środków przez zmniejszenie koniecznych obsad ufortyfikowanych odcinków frontu.

Francuzi cała sytuację odwrócili o 180 stopni. Widać to po dyslokacji wojska na 10 maja 1940 oraz po przesuinęciach dywizji z biernego odcinka 3 GA już po tym, jak okazało się, ze Niemcy włamali się na odcinku 9 Armii i prą nieustannie w stronę Kanału.

Sob 17 Lut, 2007 Hubert napisał:
Witam,

Ciekawe też, że w efekcie dochodzimy do podobnych wniosków. Artykuł powstał jako reakcja na wcześniejszą dyskusję na forum, gdzie pojawiła się kwestia różnic we wnioskach z IWŚ wyciągnietych przez Niemcy i Francję.

Co do rzeki Dyle - nie wydaje mi się, zby był to plan stricte ofensywny. Był to plan, który był reakcją na istniejące okoliczności militarne i polityczne. Po pierwsze, linia umocnień nie obejmowała całego frontu. Z resztą frontu coś trzeba było zrobić. Po drugie, w przypadku napaści Niemiec na kraje beneluxu i militarnie i politycznie bardziej opłacało się walczyć na terytorium beneluxu, niż trwać biernie na granicy, czekając aż Niemcy podbiją te kraje.

Pozdrawiam

Pon 05 Lut, 2007 Marcin2501 napisał:
Może rzeczywiście nie będę się zapędzał nad rzekę Dyle - chociaż plan wojny, ma chyba dużo wspólnego z doktryną ;)
Ciekawe jest jak odmienne wnioski z IWŚ wyciagnięte przez Francję i Niemcy. Wg Francji ofensywy były związane z nieuniknionymi ciężkimi stratami i stopniowym ich wyhamowaniem. Niemcy właściwie zachowali się jakby... żadnych wniosków nie wyciągnęli, tylko chcieli powtórzyć ten sam plan tylko innymi metodami (mało brakowało, a wykonali by dokładną powtórkę roku 1914). Nie docenili także roli artylerii.

Pozdrawiam

Sob 03 Lut, 2007 Marcin G napisał:
Ja starałem sie nakreślić (skrótowo rzecz jasna:)) podstawowe elementy doktryny francuskiej, a plan "Dyle" to już bardziej zachacza o plan wojny. Nawet zmiany w okresie 1939-1940 nie mogły zmienić całej doktryny wojennej, a więc całego systemu szkolenia wojska, wizji jego wykorzystania, organizacji, mentalności wśród dowódców itd. Ocenę czy się to Francuzom udało pozostawiam Czytelnikom. Nikt nie neguje, że Francuzi utworzyli dywizje pancerne, tylko jakie były z tego korzysci startegiczne? Śmiem twierdzić żadnych, ale każdy ma prawo do własnego zdania. Jeśli uważasz, że Mellenthin przesadził to nie jest osamotniony: Lidell Hart napisał (cytuję z pamięci), że sposób użycia francuskich wojsk pancernych był najgłupszy z możliwych (no jakoś tak). Jak się ma kilkaset czołgów w jednej dywizji (w tym wiele ciężkich) to można dać komuś po nosie, nawet będąc w obronie :) , ale poza sukces taktyczny to nie wyszło w żadnym miejscu frontu. Oczywiście wchodzimy tu już w zagadnienia taktyczno-operacyjne i wykraczamy chyba poza samo pojęcie doktryny.

Pią 02 Lut, 2007 Marcin2501 napisał:
Manewr "Dyle" miał na celu utworzenie linii obronnej na rzecze Dyle wraz z cofającą się armią belgijską, ale także skontratakowanie nacierających wojsk niemieckich, które uważano za główne siły przeciwnika (notabene korpus Hoepnera dostał mocno po nosie). Fakt użycia w tym manewrze wielkich jednostek pancerno-motorowych wg mnie nie świadczy bynajmniej o chęci statycznej obrony. Zresztą utworzenie takich jednostek ma się jak dla mnie nijak do wizji nie wytykania nosa zza linii Maginota.
Co do samej linii, to szczerze mówiąc okazała sie bardzo uzyteczna zabezpieczając przecież prawe skrzydło aliantów. Nawet mocno uszczuplona i pozbawiona wsparcia okazała się na tyle trudnym przeciwnikiem, że żadna grupa forteczna nie została przez Niemców zdobyta.
Oczywiście nie odmawiam francuskiemu wyższemu dowództwu ciężkiej nieudolności :) (aczkolwiek staruszek Weygand dość elastycznie przeszedł z taktyki liniowej na bardzo skuteczną metodę obrony okrężnej w "jeżach" - szkoda, że za późno). Tylko moim zdaniem teza o biernej, statycznej doktrynie obronnej z czołgami rozstawionymi co 500m wzdłuż całej francuskiej granicy tuż za linią Maginota (co sugeruje von Mellenthin) nie ma potwierdzenia w faktach roku 1940-ego. Jak dla mnie to Francuzi na skutek doświadzeń z kampanii w Polsce starali się szybko przeorganizować całą armię i doktrynę tylko nie do końca im to wyszło...

PS. Co do Linii Zygfryda - jak ktoś buduje silne umocnienia na granicy to chyba obawia się ataku? ;)

Pią 02 Lut, 2007 Marcin G napisał:
Każdy może mieć inny obraz batalii i swój punkt widzenia na każdą kwestię :) Ramy czasowe też nieco wyjaśniają dlaczego artykuł jest dość pobieżny, bo rozumiem, że o to chodzi... no chyba, że Twoim zdaniem Francuzi mieli w tej kampanii inicjatywę - moim nie, poza chlubnymi wyjątkowami.
Co do pytań: manewr "Dyle" był wyjątkiem w regule, tylko jak go wykonano? Co on przyniósł? Jeśli dobrze pamiętam mówił o wkroczeniu do Belgi i zajęciu rubieży na tej i tej rzece itd. - żadna ofensywa na siły żywe przeciwnika. Para w gwizdek... Jak mówię to jedna z nielicznych chubnych akcji "ofensywnych". Na granicy z Belgią nie było umocnień więc coś musiano zrobić.
Prawdziwe zamiary aliantów pokazała tzw. "ofensywa polska" we wrześniu 1939 r.
Co do Linii Maginota chyba nikt nie kwestionuje, że mogła być użyteczna, ale tworzono wokół niej mit zapory nie do przebycia. Problem w tym, że Francuzi nie zamierzali wychylać się zza tej zapory, nawet w najbardziej korzystnej sytuacji.
Co do Niemców nie wiem ile wydali na Linię Zygfryda, ale generalnie mieli znacznie większe nakłady na zbrojenia i na pewno lepiej te pieniądze spożytkowali.

Pią 02 Lut, 2007 Marcin2501 napisał:
Hmm... Niestety rzucę kamieniem ;)

Artykuł mnie nieco rozczarował. Ostatnio interesowałem się nieco kampanią francuską 1940 i szukałem różnych informacji. Obraz działań tej batalii, który mi sie z nich wyłonił jest nieco inny od przedstawionego w powyższym tekście.
Nie wchodząc w szczegóły, postawię na poczatek dwa pytania:
Jak ma się defensywna i bierna ponoć doktryna francuska do planu "Dyle"?
Dlaczego błyskotliwi i manewrowi Niemcy pod koniec lat 30-ych wlali mnóstwo pieniędzy i betonu (i to więcej niż Francuzi w linie Maginota) w Linię Zygfryda?

Pozdrawiam
Marcin


Dodaj komentarz